~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Vargas Llosa_Mario

sobota, 19 grudnia 2015
1533. L’Espace du dedans...

Przy wszystkich zastrzeżeniach, niechęci do samej jej istoty, obecna praca wydaje się niemalże idealna – konserwuje moje społeczne ułomności, nie zmusza do kreatywności i rozwoju, pozwala zamknąć się w rutynie mechanicznych działań, odzywać tylko, gdy trzeba konkretnej odpowiedzi: co, gdzie, kiedy. Przejście z peronu do stadionu zajmuje mi 5 minut, większym wysiłkiem jest siedzieć wciąż przy biurku. Nie było mnie na firmowej imprezie przedświątecznej oraz grze miejskiej w ramach integrowania grupy – to, że w dni robocze nie mam ochoty spędzać zimnych wieczorów we Wrocławiu nie było, chyba jasne, głównym powodem rezygnacji. Chociaż odbębnić swoje i wrócić do domu jak najszybciej, to rzeczywiście moje prymarne założenia… Była już pierwsza pensja, więc grudzień jest nadrabianiem zaległości: promocje i zamawianie mnóstwa książek – sam sobie sprawiam wielki prezent pod choinkę; rodzice z tym na ogół źle trafiają, nikt więcej mi go nie da. Skoro nie może być Warszawy, tych kilku osób, na których mi zależy, sensu w przymusie pracy, mieszkania i wolności, to niech me nędzne życie odbywa się chociaż jak najmniejszym kosztem dla psychiki, bez zbędnych kompromisów czy rezygnacji z dziwactw, maleńkich przyjemności, samo-dla-siebie-w-sobie

„Powie mi pan też: »Skoro tak pan nienawidzi biurowego czasu pracy, akt i polis, raportów i protokołów, skarg, zezwoleń i załączników, to czemu nie miał pan na tyle odwagi, żeby rzucić wszystko i żyć naprawdę zgodnie z własną fantazją i pragnieniami, nie tylko nocą, ale także rano, w południe i wieczorem? Dlaczego ponad połowę swego życia złożył pan w ofierze biurokratycznej bestii, która zniewala pana tak samo, jak pańskie anioły i demony?« Stosowne to pytanie – sam je sobie zadawałem po wielekroć – ale takaż jest i moja odpowiedź: »Ponieważ świat fantazji, rozkoszy, pragnień, świat wolny, moja jedyna i ukochana ojczyzna, nie przetrwałby nienaruszony w warunkach niedostatku, biedy, kłopotów finansowych, udręki zadłużenia, ubóstwa. Sny i pragnienia są niejadalne. Moja egzystencja podupadłaby, stając się własną karykaturą«. Nie jestem bohaterem, nie jestem wielkim artystą, brakuje mi geniuszu, nie mógłbym się zatem pocieszać nadzieją, że jakieś moje »dzieło« mnie przeżyje. Moje aspiracje i zdolności ograniczają się (…) do umiejętności odróżnienia w otaczającej mnie gmatwaninie możliwości tego, co kocham, od tego, czego nie znoszę, tego, co upiększa moje życie, od tego, co je szpeci i bruka głupotą, tego, co mnie wprawia w zachwyt, od tego, co mnie załamuje, tego, co napawa mnie rozkoszą, od tego, co zadaje mi cierpienie. Ażeby po prostu móc nieustannie korzystać z owej zdolności dostrzegania sprzeczności, potrzebuję zabezpieczenia ekonomicznego, a to zapewnia mi moje zawodowe zajęcie, skalane kulturą formalności, zabójczy miazmat, (…) który stał się powietrzem, jakim wszyscy oddychamy. By móc zaistnieć, fantazje i pragnienia – moje przynajmniej – wymagają minimum spokoju i pewności. W innym przypadku zwiędłyby i umarły. Jeżeli zamierza pan z tego wnioskować, że moi aniołowie i demony są zakutymi mieszczuchami, będzie pan miał absolutną rację. (…)

Jednak mimo że moje życie to Tantalowe męki, codzienne zmagania moralne pomiędzy biurokratycznym balastem mojej egzystencji a skrytymi w mym jestestwie aniołami i demonami – pan mnie nie pokonał. Nieodmiennie udaje mi się, na przekór temu, co robię od poniedziałku do piątku od ósmej do szóstej po południu, zachować ironię pozwalającą gardzić zajęciem, gardzić sobą za jego wykonywanie, dzięki czemu pozostałe godziny wynagradzają mi to, przynoszą zbawienie, rekompensują straty moralne i uczłowieczają (co w moim przypadku zawsze oznacza izolację od gromady, od stada). (…) Obecnie jestem sam (…) a więc czytam, kontempluję ryciny, przeglądam swoje zeszyty i uzupełniam listami (…), ale przede wszystkim fantazjuję, marzę, buduję lepszą rzeczywistość, oczyszczoną z odpadków i narośli (…) przez które ten świat jest tak mizerny, tak plugawy, że trudno, żebyśmy nie śnili o lepszym. (…)

Wszelako te szczęśliwe chwile nie byłyby możliwe bez ogromnej frustracji, jałowej nudy i gnębiącej mnie rutyny życia rzeczywistego

[Mario Vargas Llosa, Zeszyty don Rigoberta. Przeł. F. Łobodziński].

środa, 04 lutego 2015
1455. Mes Poisons...

   

„Czytać zaczęła w wieku siedmiu lat i przesiedziała nad książkami kolejne dwadzieścia. Zajęcie to tak ją pochłaniało, że wracała do rzeczywistości dopiero na ostatniej stronie”

                           [Ludmiła Ulicka, Sonieczka. Przeł. R. Bartosik].

  

Najważniejsza dla Ciebie książka lat młodzieńczych, taka, która ukształtowała Cię na przyszłość?

– Niewątpliwie „Hrabia Monte Christo”. Całe późniejsze życie było hodowaniem w sobie zapiekłej nienawiści, chęci odwetu za to, co oni mi zrobili (por. 1310)…

A jeszcze inna?

– „Przypadki Robinsona Crusoe”. Z tym, że ja wolałem nigdy się z bezludnej wyspy nie wydostać…

  

„(…) mogłem zapełnić swój gabinet książkami, rycinami i obrazami, które odgradzają mnie od powszechnej głupoty i szpetoty (…), mogłem stworzyć sobie enklawę swobody i fantazji, w której dzień w dzień, a ściślej mówiąc noc w noc wyzwalam się z gęstej, toksycznej skorupy ogłupiających konwenansów, haniebnej rutyny oraz wykańczających czynności stadnych (…) W tej enklawie mogę żyć, żyć naprawdę, być sobą, otwierać zamieszkującym we mnie aniołom i demonom pancerne drzwi, za którymi (…) przez pozostałą część doby muszą się ukrywać”

          [Mario Vargas Llosa, Pochwała macochy. Przeł. C. Marrodán Casas].

  

sobota, 08 czerwca 2013
1261. Vernichtung durch Arbeit...

 

Koleżance, z którą przeszedłem do KRS-u z Ministerstwa, z którą tak dobrze się pracuje, śmieje i we wszystkim zgadza, wręczają wypowiedzenie – pod fałszywymi zarzutami, jakie pochodzić mogą tylko od córki Prezesa. Ta od pewnego czasu nam pomaga (czytaj: popełnia szereg błędów i szpieguje). Wyjątkowo irytująca postać, w dodatku betonowy moher z poglądami jak obrońcy krzyża na Krakowskim (np. wybory prezydenckie w 2010 miała sfałszować Rosja poprzez specjalnie utworzony wydział). Ściąłem się z nią wczoraj – fakt, obgadywałem za plecami, a w twarz dostałem gejem. To wszystko staje się już trudne do zniesienia. Przewiduję swoje zwolnienie w poniedziałek (przyjeżdża Prezes) lub najpóźniej w lipcu, z końcem projektu. Gdyby nie koszmar (pewnie już po raz trzeci rocznych) poszukiwań nowego zajęcia, sam jeszcze dziś bym odszedł…

Nic równie wyniszczającego, jałowego, głupszego niźli praca. Marnuję życie na męczarnię, co na to życie nie daje mi zarobić…

  

„Można handlować ubezpieczeniami, (…) albowiem trzeba jeść, odziać się, mieć dach nad głową i gromadzić dochody pozwalające nam odczuwać i zaspokajać pragnienia. Nie istnieje żaden inny sensowny powód zarabiania na życie sprzedażą polis ubezpieczeniowych, wznoszeniem tam, kastrowaniem kotów czy stenografią. (…) Lecz jeśli największą żądzą (najpiękniejszy wyraz w słowniku) istoty ludzkiej jest sprzedaż ubezpieczeń lub przynależność do Rotary Club (lub jemu podobnych), to istota owa ma nasrane we łbie. Zgoda, dotyczy to dziewięćdziesięciu procent ludzkości”

         [Mario Vargas Llosa, Zeszyty don Rigoberta. Przeł. F. Łobodziński].

  

23:59, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 02 czerwca 2012
1122. Proud to Be...

  

Ciągle się śmieją; rzucają w twarz, parskają za plecami. Tutaj tak samo jak i tam; teraz jak wtedy, jak od zawsze. Prowokuje ich sztywność poruszania. Zbyt krótkie włoski na nogach. Kolorystyczne współgranie torby, spodenek, paska na butach, napisu na koszulce. Nic zresztą nie musi prowokować, żeby… Więc też z niczego nie muszę dla nich rezygnować. Oni nie wiedzą, że pragnę, lecz nie czuję; że nie mam tego wszystkiego, że nie mogę. Dlatego poniekąd to zabawne: mijać ich bez mrugnięcia okiem, z uśmiechem, dumnym, że jest się – nawet gdy przypuszczalnie nikim

  

„(…) zacząłem się czuć jak nienormalny. Bardzo mnie owa świadomość męczyła, albowiem, jak wielu (obawiam się, że większość) ludzi do dziś dnia, łączyłem fakt mojej odmienności nie z własnym wyzwoleniem, ale ze społeczną klątwą, która zawsze spada na czarną owcę w stadzie. Byłem zadżumiony, byłem wyjątkiem od reguły, a to wydawało mi się najgorszym z nieszczęść. Aż pewnego razu odkryłem, że nie każda mania jest fobią, że niektóre stanowić mogą tajemne źródło rozkoszy”

         [Mario Vargas Llosa, Zeszyty don Rigoberta. Przeł. F. Łobodziński].

  

      

  

wtorek, 05 lipca 2011
964. Set decoration...

  

„(…) na tej niewielkiej przestrzeni, którą nazwę moim światem, rządzić będą moje kaprysy, a pierwszeństwo przyznaję moim książkom, obrazom i rycinom. My, ludzie, będziemy obywatelami drugiej kategorii”

         [Mario Vargas Llosa, Zeszyty don Rigoberta. Przeł. F. Łobodziński].

  

      

  

      

  

      

  

piątek, 14 stycznia 2011
893. Pretty little things...

  

Men at work, part II (por. 871). Odkrywam, że mamy na Produkcji nie tylko nowego kierownika, ale i niedawno przyjęto tam jakiegoś młodziutkiego specjalistę. Taki słodziutki blondynek w brązowych butach do pół łydki – buzia jak ze studia BelAmi i takie też o nim fantazje. Istny ciastek. Ma bardzo zabawne nazwisko – dodaję je do listy śmiesznych słówek, których powtarzaniem lubię się zabawiać. A jego cute and sexy boss, za którym nieśmiało wodzę wzrokiem, nie śmieląc odezwać się choć słowem (mijają tygodnie, a my formalnie nawet się nie zapoznaliśmy)? Wychodząc z kuchni, wpadłem na niego wczoraj, a ten poprosił mnie (pamiętał imię!), żebym mu drzwi otworzył do biurowca, bo nie miał ze sobą przepustki. A potem (– Czy mogę mieć do Ciebie jeszcze jedną prośbę? – Oczywiście!) zeszliśmy razem na dół i z żalem musiałem wypuścić go z budynku. Ten jego uśmiech, barwa głosu, szorstkie policzki, włosy, oczy…

W przeciągu dwóch tygodni mój dział ma zostać przeniesiony na Produkcję. Będę widywał ich obu codziennie – zajebiście!...

  

„Gdyby ciąg zawodów i frustracji przedstawić w jaśniejszych barwach, okazałoby się, że były i chwile kojące, kipiące ekscytacją, zdarzające się najczęściej przez przypadek – skromne zadośćuczynienia jego udręk”

         [Mario Vargas Llosa, Zeszyty don Rigoberta. Przeł. F. Łobodziński].

  

piątek, 10 grudnia 2010
877. La vida es sueño...

  

Wracają – zdaje się, że po latach przerwy – obficie, męczą i zastanawiają, uciekają gdzieś po przebudzeniu… Inni śnią obrazami: jakieś fabuły, przygody  – ja zaś pamiętam jedynie, że były tam słowa – teksty, których nie mogłem przeczytać, nigdy nie zasłyszane dialogi; słyszy się, widzi tam frazy, jakieś skomplikowane pojęcia. Słowa i zdania, litery – słów mnóstwo, których bym sam nie wymyślił…

Jestem elokwentny i odważny w momencie, kiedy bywam nieprzytomny…

  

„Bo czy żył naprawdę podczas tych ciemnych, smętnych godzin, które spędzał w biurze, omawiając bilanse, polisy, ubezpieczenia, wyroki, inwestycje? Jedyny zakątek prawdziwego życia zapewniała mu noc, kiedy zasypiał, a świadomość otwierała wrota snów, podobnie chyba jak Zygmuntowi zamkniętemu w kamiennej samotnej wieży, zagubionemu w lesie. Tamten też przekonał się, że prawdziwe życie, życie bogate, wspaniałe, powolne jego kaprysom, to życie pełne kłamstw rodzących się w ukryciu myśli i pragnień – we śnie i na jawie – kłamstw pozwalających mu wyrwać się z celi i dusznej monotonii więzienia”

         [Mario Vargas Llosa, Zeszyty don Rigoberta. Przeł. F. Łobodziński].

  

Archiwum
Tagi