~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Kehlmann_Daniel

środa, 03 lutego 2016
1544. Rozdroża i koleiny...

Czasem zbyt duże tempo, nieraz migreny wieczorami (jak dziś, po ośmiu godzinach przed ekranem), zmęczenie dojazdami (bywa się co dzień we Wrocławiu, choć się nie widzi miasta – wokół stadionu brak nawet kiosku z gazetami; dzień jeszcze krótki, idzie się wprost na pociąg – nie to, co czas w stolicy, kiedy po pracy było jeszcze Śródmieście, parki, Wilanów czy Ogród Botaniczny), a jednak można to – jeśli nie lubić, to choć jakoś oswoić. Gdybyż to jeszcze mogło być w Warszawie, czułbym się wręcz spełniony. Lepszej pracy nie znajdę, tym bardziej należy to doceniać. Pięć dni przed końcem mej umowy brak jakichś wyraźnych deklaracji. Są tylko pewne sygnały – dwa razy premia (200 i 250 zł, choć się stażowo nie kwalifikuję) z „oby tak dalej” w mailu; sesja zdjęciowa; żądanie, bym wskazał letni urlop (na szybko wybieram przełom czerwca-lipca). Zarazem zaś przypuszczam, że kogoś zastępuję (chyba jakieś zwolnienie od lekarza, wypadek czy choroba), tak więc zamiast umowy na dwa lata, być może mi zaproponują coś krótszego. Zgodzę się, co mam robić – wreszcie trochę zarabiam (jest jeszcze kilka książek do kupienia, zepsuł mi się aparat z dużym zoomem), mniej jest okazji do irytacji w domu. Innego życia nie ma…

„Ile to lat temu uchyliłem się przed najwyższym posłannictwem? (…) Co odtąd robiłem? Właściwie nic.

A przynajmniej – nic istotnego. Można by powiedzieć, że, w bardzo przyziemnym i ekonomicznym sensie, byłem zajęty przetrwaniem”

[Daniel Kehlmann, Beerholm przedstawia. Przeł. J. Ekier].

niedziela, 04 sierpnia 2013
1279. The Rules of the Game...

  

Cóż to zdarzyło się w środę, w parku, w pobliżu kaskady, gdym na ławeczce, w alei, nad „Polityką” najnowszą on przeszedł obok i nieco dalej, tam, usiadł, jak gdyby zerkał w tę stronę, a potem wstał i znów przeszedł, tą samą drogą, koło mnie, ja właśnie jabłko kończyłem, wyszedł na Plac Na Rozdrożu i wydawało się: zniknął, jednak pojawił się znowu, i po raz trzeci tu, obok, usiadł znów tam, gdzie poprzednio, dobył raz, drugi butelki, zaciągał się papierosem, i tyle razy spoglądał, włosy miał długie, brązowe, i okulary tak ciemne, nie było widać, czy patrzy, ja też kierowałem tam głowę, aż nagle wstałem, odszedłem, krążąc powoli po parku, w nadziei, że on z tyłu gdzieś, że on za mną wróciłem, lecz już go nie byłoW drugą stronę trzeba było, obok niego, albo jeszcze tam wysiedzieć, obserwować, przedłużyć napięcie, nieśmiałą tę niepewność

Byłże to niewinny flircik czy złudzenie, co za gra, jak się ją podejmuje, gdzie może ona prowadzić, jak kończy? Jak się odnaleźć, rozpoznać, ulotność szans wykorzystać, wyłowić z tłumu, nie minąć?…

  

Kto wie, jak często stykały się linie, po których sunęliśmy w przestrzeni. A nic nie przeczuwaliśmy. I dobrze jeszcze pamiętam dzień, kiedy stanąłem wobec myśli, że być może nie spotkamy się nigdy. Że tyle roztrwonionego czasu; drugie tyle, a już będzie za późno. I może dzieli nas tak wielka odległość, że ani ty, ani ja nie zdołamy jej kiedykolwiek pokonać. Ale choćbyśmy mieszkali w jednym mieście czy nawet na jednej ulicy, któż by nam zaręczył, że jakiś anioł-żartowniś nie urządzi sobie zabawy, aranżując nasze mijanie się, raz po raz, tak jak w komedii bulwarowej postacie przez cztery akty biegają z pokoju do pokoju, otwierają i zamykają drzwi, unikając rozwiązania akcji, wciąż o kilka sekund rozmijając się jedno z drugim. Jedno życie (…) to mało; chwila, a już po nim

                [Daniel Kehlmann, Beerholm przedstawia. Przeł. J. Ekier].

  

00:06, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
czwartek, 14 czerwca 2012
1128. Sport Results...

 

To był zawsze obcy, nieprzyjazny świat, sfera budzących wówczas niechęć mężczyzn, pole moich kompromitacji; kpiny, śmiechy, pogarda rówieśników – źródło niepozwalających rozwijać się normalnie lęków. Lekcje wychowania fizycznego w szkole, zabawy na podwórku – selekcje do dwóch drużyn, gdzie zawsze zostawałem tym ostatnim; złowroga piłka, której nie umiałem złapać ani kopnąć; bieganie tak, aby nie musieć podjąć ani jednej akcji. Dość szybko zaczęło się wycofywanie ze wszystkiego, chowanie w szatni (dawałem się zamykać, udając, że jestem nieobecny), daremne bicie kolanem w ścianę w nadziei, że je rozbiję i będę mógł nie ćwiczyć (zalążek późniejszych zachowań autodestrukcyjnych); w liceum wmawianie wszystkim, że mam zwolnienie od lekarza, stres czteroletnich kłamstw, godziny pod ścianą w izolacji, podczas gdy inni grali, ciało swe rozwijali i zdobywali gibkość. Koszmar, gdy trzeba było do nich się przyłączyć

 

„I jeszcze gimnastyka. Nie każ mi, proszę, o tym opowiadać – tamta wielka, duszna sala, w niej zielona podłoga wyłożona filcem, wszechobecny zapach potu, absurdalne zadania w sam raz dla samobójców (Skocz na trampolinę i zrób salto! Po prostu spróbuj! Śmiało!). Wyzierające zewsząd metalowe kanty, żądne miażdżenia stawów młodzieży, nauczyciel idiota, głęboko zawiedziony życiem pozbawionym sukcesów. Ta gra w piłkę! Niedorzeczne dawanie szczupaka w ślad za skórzanym gniotem, rozbiegiwanie i roztrącanie się nieforemnych podrostków – wielkie dłonie, długie szyje, piejące głosy; sztuczna wrogość »drużyn«. Dziwne – ci, co lubią piłkę nożną, to na ogół także patrioci”

                [Daniel Kehlmann, Beerholm przedstawia. Przeł. J. Ekier].

  

Całe to niezrozumiałe szaleństwo na punkcie jakichś transmisji, meczów i rozgrywek, to narodowe zadęcie: wrzaski, szaliki, alkohol. Aż nagle, dekadę temu, mój powrót ze szpitala (po potrąceniu przez samochód) w dniu rozpoczęcia Mundialu’2002 – konieczność leżenia, oglądanie w telewizji każdego starcia, odkrycie piękna walki, umiejętności technicznych i paru ładnych panów. Od tego czasu kibicowanie, gdy wielkie imprezy (Mistrzostwa Świata, Europy, Liga Mistrzów) – pobieżne, amatorskie, lecz zawsze to jakieś emocje. Łączność przez ekran ze wspólnotą, z którą niewiele wspólnego

  

czwartek, 26 kwietnia 2012
1105. This Is a Man’s World (II)...

 

Zbyt powszechne, żebym mógł mówić o swym pechu – jakby nie dość było widoku sikających naokoło psów, to jeszcze wszędzie, niemal każdego dnia musi się trafić męskie bydło, podlewające budynki, drzewa, słupy. Bez skrępowania i chowania, przy i na chodniku, nawet pod Galerią Centrum na Marszałkowskiej naprzeciw Pałacu Kultury – trzy metry od grupy czekającej na autobus. Znaczenie terenu, publiczna satysfakcja z wystawienia ptaka, „kultura” wyniesiona z pisuarów – jakiś ekshibicjonista musiał je wymyślić, a teraz reszta poczytuje sobie za dowód męskości niekorzystanie z kabin w toaletach. A skoro w WC można pod ścianą, z ludźmi za plecami, to analogicznie na ulicy, jaki problem (albo, jak związkowiec z Przewozów Regionalnych Krzysztof Knapik, na Dworcu Centralnym – zwolnili już skurwysyna, a jeszcze powinien to zlizać). I na dodatek zawsze to „muszę się gdzieś odlać” – już język wyraża ich skundlenie. Gówniarzeria niepanująca nad podstawową fizjologią – może mi i nie staje, ale przynajmniej bez trudu wytrzymuję między śniadaniem a kolacją. Widać to za mało, by być odbieranym jako pełnowartościowy facet. Jedna wydzielina lepsza od drugiej, więc obszczymurki górą…

A przecież jest jeszcze chlanie… Jak ja mam być normalny, gdy od dzieciństwa obraz mężczyzny kojarzę głównie z uryną oraz powodującą bełkot i rzyganie wódą…

  

„W gruncie rzeczy to dziwne, że zapasy obrzydliwych ludzi nigdy się nie wyczerpują; coraz to nowi i nowi budzą się do życia, roześmiani, zapracowani, odnoszący sukces po sukcesie. Książęta babilońscy. Czy naprawdę oni też będą zbawieni?... Tak, przypuszczalnie i oni”

                [Daniel Kehlmann, Beerholm przedstawia. Przeł. J. Ekier].

  

22:50, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 06 lutego 2012
1065. Proście, a nie będzie wam dane...

  

Dla „komunikatywnych, pozytywnie nastawionych do ludzi, kreatywnych i zaangażowanych”… A co z zamkniętymi w sobie, milczącymi, biernymi, odnajdującymi się tylko w rutynie, bez pomysłów?... Kto nie ma, ten i nie dostanie – to podstawowa reguła; przyzwyczajam się do niej od tak dawna…

 

Nie ma co dzieci zadręczać najgorszą ze wszystkich prawd. Tą mianowicie, że Bóg wybiera bez żadnego powodu, że Jego łaski nie można sobie zjednać żadnym staraniem, żadnym uczynkiem. Że Jego miłość jest niesprawiedliwa

                [Daniel Kehlmann, Beerholm przedstawia. Przeł. J. Ekier].

  

poniedziałek, 18 lipca 2011
971. Cool down...

  

„Czy kiedykolwiek miałem dla ciebie, dla kogokolwiek albo czegokolwiek uczucie, które ludzie ujmują z przepychem w tych sześć ozdobnych liter? Szczerze mówiąc, nie wiem. Wątpię. Zamiast zdolności do prawdziwego kochania, na chrześcijański, pogański albo inny sposób, zawsze znajdowałem w sobie tylko jakąś serdeczność bez wyraźnego sensu ani celu: współczucie wybuchające nagle na widok zapłakanego pięciolatka, kudłatego psa uwiązanego przed sklepem w skamlącej niepewności, czy jeszcze zobaczy swojego pana; na widok zamiatacza ulic, z nosem o barwie czerwonej jak wino, czy choćby małej jodły, na którą ciężki cień rzucił wyrośnięty gbur, dorosłe świerczysko. Takie drobiazgi i inne, o jeszcze mniejszym znaczeniu. Może to miłość najlepszej próby, taka, jaką od czasu do czasu – jeśli w ogóle – jakiś Bóg odczuwa do stworzenia. A może tylko głupia czułostkowość, nieporównywalna z żadnym prawdziwym uczuciem. Jak mi życie miłe (to przysięga, która w tej chwili mało kosztuje), nie wiem”

                [Daniel Kehlmann, Beerholm przedstawia. Przeł. J. Ekier].

  

czwartek, 07 kwietnia 2011
927. "Nasza odmowa niezgoda i upór" [Zbigniew Herbert]...

  

Wczoraj w pracy wielkie pakowanie: opróżnianie szafek, szuflad, półek; dziesiątki kartonów, pudełek, torebek; setki segregatorów, katalogów, papierów – selekcja, co przydatne, co wynieść do archiwum; przewożenie części na nasze nowe miejsce. Dzisiaj zaś transport mebli – biurka, regały i szafy, kontenerki z szufladami, komódki i krzesła. Z niedoboru męskich (i w ogóle) rąk nie uniknąłem znoszenia tego po schodach, ładowania na przyczepę, wciągania wszystkiego do budynku przez okno (wózek widłowy podawał nam kolejne rzeczy na pierwsze piętro) i ustawiania na miejsce. Wygnani z eleganckiego biura do baraku, zabraliśmy wszystko, co się dało, zostawiając tych, którzy mają zająć naszą dotychczasową przestrzeń – bez niczego. I nawet zgrabnie nam udało się urządzić. Gdyby jeszcze pominąć łazienkę typu zaszczany pociągowy kibel bez ciepłej wody, brak zlewu w kuchni, nieszczelne okna i pogłos na open space, widok na wysypisko śmieci, sufit pomalowany jakąś olejną farbą i kryty azbestem dach – można by uznać te warunki za tymczasowo dopuszczalne…

  

Poza tym w firmie rewolucja – łączenie starych (ognia z wodą), tworzenie nowych działów, kadrowe przesunięcia i niesnaski; upokarzanie, zajeżdżanie najbardziej doświadczonych pracowników, krycie nowoprzyjętych, pieprzących wszystko durniów. Nowa struktura – przechodzę pod Kierownika Produkcji. I byłby to (Mr Sexy i Ciastek na wyciągnięcie ręki) nawet plus – gdyby nie bagaż doświadczeń i tegoroczne plany. Dlatego szóstą dla siebie ofertę – tę właśnie, na którą czekałem 20 miesięcy – uznałem za spóźnioną. I powiedziałem „nie”, jeszcze nim padły szczegóły, „mieliście dosyć czasu”. Za trzy tygodnie będę już wolnym człowiekiem – jaka wyzwalająca ulga!…

  

„– Ależ co to ma znaczyć? – zawołał szef działu personalnego (…). – Jesteśmy z pana bardzo zadowoleni! I dlaczego nagle wymówienie? Dlaczego?

Uśmiechałem się i siliłem na uprzejmy ton.

– Bo ja nie znoszę tego miejsca. I wszystkich państwa. Wszystkich. Pana też. Każdego z osobna.

Odtąd w urzędzie pośrednictwa pracy miałem opinię trudnego” 

                 [Daniel Kehlmann, Beerholm przedstawia. Przeł. J. Ekier].

  

Gdziekolwiek indziej będzie zapewne teraz gorzej, trudniej, biedniej – ale przynajmniej będzie to gdziekolwiek indziej

  

Archiwum
Tagi