~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Sebald_Winfried Georg

wtorek, 29 stycznia 2013
1217. Is og ild...

  

Pensja za grudzień napływa przed tygodniem – 688,93 zł. Jest szansa, że potrwa to do czerwca – mógłbym wówczas i bez wsparcia rodziców przeciągnąć tę Warszawę do kolejnej zimy. Obecna niespecjalnie daje się we znaki – twarz nie przemarza, jak w poprzednich latach, nie muszę chować uszu pod zabójczą dla fryzury czapką. Na trasie dom – przystanki – praca wystarcza kurtka jesienna (konieczność z braku innej), a pod nią dwa sweterki. Mocniej jednak hartuje siedzenie w piwnicy Ministerstwa, gdzie drgawki z zimna – chodzę wciąż do łazienki piętro wyżej, by w ciepłej wodzie rozgrzewać nieco dłonie. Już mróz na zewnątrz bardziej jest przyjazny niźli te chłodne mury. Czuję, jak z każdym dniem zastygam – ja, co nie miałem nigdy szansy się rozpalić…

  

„(…) często zastanawiałem się, czy wewnętrzna pustka i zlodowacenie nie jest ostatecznie warunkiem tego, by za pomocą przewrotnych popisów przekonać świat, że biedne serce wciąż jeszcze goreje żywym płomieniem”

        [Winfried Georg Sebald, Pierścienie Saturna. Przeł. M. Łukasiewicz].

   

czwartek, 18 grudnia 2008
536. O (nie)konieczności - czyli: Heautontimorumenos...

  

„I znowu próbowałem jej i samemu sobie wyjaśnić, co to za niepojęte uczucia osaczają mnie w ostatnich dniach; że jak obłąkany stale myślę, że wszędzie wokół mnie czają się tajemnice i znaki; że, jak mi się zdaje, nawet nieme fasady domów wiedzą o mnie coś niedobrego i że zawsze uważałem, że muszę być samotny, i teraz, chociaż tęsknię do niej, jestem o tym przekonany bardziej niż kiedykolwiek. To nieprawda, powiedziała Marie, że potrzebna nam jest nieobecność i samotność. To nieprawda. Tylko ty się boisz, nie wiem czego. Zawsze trzymałeś się trochę na dystans, dostrzegałam to, ale teraz jest tak, jakbyś stał na progu, którego nie odważasz się przekroczyć. Wtedy nie byłem w stanie uświadomić sobie, jak bardzo miała rację, pod każdym względem, ale dziś − mówił Austerlitz − wiem, dlaczego musiałem się odwracać, kiedy ktoś zanadto się do mnie zbliżał, i że zdawało mi się, że ten odwrót jest dla mnie ocaleniem, a zarazem sam siebie uważałem za okropnego człowieka, do którego strach przystąpić

               [Winfried Georg Sebald, Austerlitz. Przeł. M. Łukasiewicz].

  

niedziela, 09 listopada 2008
516. O skutkach - a może i o przyczynach...

  

„I w tym haniebnym stanie ducha przesiadywałem godzinami i dniami, wpatrując się w ścianę, zadręczałem się i stopniowo pojmowałem, jakie to straszne, gdy nawet najbłahsze zadanie albo czynność, na przykład umieszczenie jakichś rzeczy w szufladzie, jest ponad nasze siły. Tak jak gdyby jakaś od dawna trawiąca mnie choroba parła do wybuchu, jak gdyby zagnieździło się we mnie coś ociężałego i uporczywego, co stopniowo sparaliżuje wszystko. Za kośćmi czoła czułem już paskudne otępienie, które poprzedza rozpad osobowości, zdawało mi się, że naprawdę pozbawiony jestem pamięci i władzy myślenia, że w ogóle nie istnieję, że przez całe życie nic tylko gasłem i odwracałem się od świata i od samego siebie. (…) Zwłaszcza w porze zmierzchu, którą zawsze najbardziej lubiłem, nachodził mnie zrazu niewyraźny, potem coraz bardziej dojmujący lęk, skutkiem czego piękna gra blednących kolorów obracała się w złowrogą, stęchłą szarzyznę, serce kurczyło mi się w piersi do jednej czwartej swojej naturalnej wielkości, a w głowie tłukła mi się już tylko jedna jedyna myśl, że muszę z podestu na trzecim piętrze pewnego określonego domu przy Great Portland Street, gdzie kiedyś przed laty po wizycie u lekarza doznałem dziwnego przypływu słabości, rzucić się przez poręcz schodów w ciemną otchłań. Odwiedzić któregoś z i tak nielicznych znajomych albo jakoś zwyczajnie iść między ludzi było dla mnie wtedy niepodobieństwem. Grozą przejmowała mnie możliwość − mówił Austerlitz − że miałbym słuchać, co ktoś mówi, albo co gorsza samemu mówić, i gdy tak to się rozwijało, zacząłem powoli pojmować, jak bardzo jestem i byłem zawsze samotny (…). Nigdy nie myślałem o swoim prawdziwym pochodzeniu. Nigdy też nie czułem się przynależny do żadnej klasy, zawodu czy wyznania. W otoczeniu artystów i intelektualistów czułem się tak samo nieswojo, jak w sferach mieszczańskich, a od dawna też nie mogłem się zdobyć na zadzierzgnięcie jakiejś osobistej przyjaźni. Zaledwie kogoś poznawałem, już mi się zdawało, że zanadto się spoufalam, zaledwie ktoś się do mnie zbliżył, zaczynałem się odsuwać. Na koniec moje stosunki z ludźmi sprowadzały się już w ogóle tylko do pewnych, z mojej strony najskrupulatniej przestrzeganych form grzecznościowych, które, jak to dziś wiem − mówił Austerlitz − nie miały związku z tym czy innym człowiekiem, lecz raczej chroniły mnie przed zrozumieniem, że zawsze, odkąd sięgam pamięcią, znajdowałem się w stanie bezsprzecznej rozpaczy. (…) w tępym stuporze uświadomiłem sobie, jakich spustoszeń dokonało we mnie osamotnienie przez wszystkie te minione lata, i poczułem się straszliwie zmęczony na myśl, że nigdy naprawdę nie żyłem albo że teraz dopiero się urodziłem, poniekąd w przeddzień śmierci”

               [Winfried Georg Sebald, Austerlitz. Przeł. M. Łukasiewicz].

  

Archiwum
Tagi