~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Coetzee_John Maxwell

poniedziałek, 15 sierpnia 2016
1584. Failed Exam...

„Nie jest głupi. Wie, że jako kochanek niczym się nie odznaczył. Nigdy w sercu kobiety nie wzbudził uczucia, które uznałby za wielką namiętność. Kiedy spogląda wstecz, stwierdza, że właściwie nigdy nie był obiektem namiętności, takiej prawdziwej namiętności, silniejszej czy słabszej. Jakoś to chyba o nim świadczy. Co się tyczy wąsko rozumianego seksu, podejrzewa, że ma w tej sferze dość nędzne wyniki i w zamian też bywa raczej nędznie obdarzany. Jeśli ktokolwiek jest temu winien, to tylko on sam. Póki brak mu serca, póki się dystansuje, trudno przecież oczekiwać, że kobieta nie będzie także zachowywała dystansu.

Czy seks jest miarą wszystkiego? Jeśli John w tej dziedzinie zawodzi, czy tym samym oblewa egzamin z całego życia? Byłoby mu łatwiej, gdyby nie okazało się to prawdą. Ale kiedy rozgląda się wokół siebie, nie widzi nikogo, kto nie korzyłby się przed bogiem seksu – może z wyjątkiem paru dinozaurów, reliktów epoki wiktoriańskiej. Nawet Henry James – taki niby poprawny, wiktoriański – na niektórych stronicach mrocznie daje do zrozumienia, że w ostatecznym rozrachunku seks jest wszystkim”

[John Maxwell Coetzee, Lato.

Sceny z prowincjonalnego życia III. Przeł. D. Żukowski].

czwartek, 11 sierpnia 2016
1583. Jej punkt widzenia (I)...

„(…) za każdym razem myślała: »Kiedyż on wreszcie się rozkręci?« – ale jednocześnie bawił ją, a nawet trochę wzruszał jego brak pewności siebie i fakt, że bez jej pomocy prawdopodobnie nie rozkręci się nigdy. Stopniowo jednak irytacja zaczęła brać górę”

[Vladimir Nabokov, Król, dama, walet. Przeł. L. Engelking].

„John był przyjacielem w czasie, gdy na mojej życiowej drodze pojawiły się wyboje, podporą, na której czasem się wspierałam, ale nie mógłby stać się moim kochankiem w prawdziwym znaczeniu tego słowa. Do autentycznej miłości potrzeba dwojga pełnych ludzi, którzy muszą do siebie pasować jak jin i jang, kontakt i wtyczka. Jak mężczyzna i kobieta. My nie pasowaliśmy do siebie. (…) John nie był stworzony do miłości. Nie był tak skonstruowany, by się dopasowywać lub żeby ktoś mógł dopasować się do niego. Był jak sfera. Jak szklana kula. Nie dało się do niego podłączyć”

[John Maxwell Coetzee, Lato.

Sceny z prowincjonalnego życia III. Przeł. D. Żukowski].

środa, 27 lipca 2016
1578. The Heat...

Od kilku tygodni w dziale za szklaną ścianą obok nas pracuje nowy chłopiec. Nadzwyczaj ładna buzia, usta i nieco smutne oczy, uśmiech; wydaje się dość cichy, skromny, choć kilka jego fajnych zdjęć (w tym bez koszulki, z tatuażem), jakie znalazłem na Facebooku, nieco mnie (pozytywnie!) zaskoczyły. Z pociągu powrotnego zaś codziennie wysiada razem ze mną inny młody pan, zabójczej wręcz urody – te ostre śniade rysy, nowa świetna fryzura, spojrzenie, pod którym gną się nogi. Za każdym razem na peronie od razu zapala papierosa. Idziemy obaj w stronę kładki (wpatruję się w jego obnażone łydki) – on w prawo, ja na lewo (w tę stronę ludzie przechodzą poprzez tory, ja jeden dążę górą). No i jest jeszcze Bambi, tam, w Warszawie, zdaje się wolny już, prześliczny (on tylko gej na pewno) – lecz cóż z tego. Trzech do się-wpatrywania, zachwycania – nie poznam nigdy z nich żadnego…

„Zbyt to wszystko obce i zbyt tego wiele, skarży się: chcę wracać na swoje śmieci, do życia, które znam.

Wycofanie – oto co jej dolega. (…) Kogoś jej to przypomina. Kogo? Tę bladą młodą Angielkę z Drogi do Indii, tę, która nie wytrzymuje, która ulega panice i kompromituje wszystkich dookoła. Która nie może znieść intensywności żaru”

[John Maxwell Coetzee, Elizabeth Costello. Przeł. Z. Batko].

piątek, 13 listopada 2015
1526. Mouth Wide Shut...

  

Pierwsze dni nie nastrajały zbyt optymistycznie (a i stan około chorobowy nie pomagał), ale może uda się to przeżyć. Umowa o pracę na próbne 3 miesiące, 1 900 zł brutto, wstawanie przed szóstą rano na pociąg do Wrocławia, powierzchnia biurowa na Stadionie, potem czekanie niemal godzinę na powrotny, obiad w domu przed szóstą. Na razie coś w rodzaju taśmy produkcyjnej: wyciąganie listów z kopert (tysiącami!), datowanie, naklejanie kodów, potem dojdzie odpowiednie kierowanie skanów w komputerze. Kancelaria zatrudnia ponad 200 osób – ta skala wciąż przytłacza, wir pracy angażuje w pełni, a moja mizantropia nie pozwala do nikogo się odezwać, zamyka w boksie biurka pośród ołpen spejsu

  

„Trzeba mnie było wyraźniej ostrzec, należało powiedzieć, że odeślą mnie z powrotem między ludzi”

     [John Maxwell Coetzee, Życie i czasy Michaela K. Przeł. M. Konikowska].

  

poniedziałek, 25 maja 2015
1482. Waiting for the Barbarians...

  

Duduś z „Podróży za jeden uśmiech” (Polska’1971; reż. S. Jędryka) prezydentem. Imperium kontratakuje, dyszące żądzą odwetu hordy Kaczyńskiego na fali wznoszącej. Ludzie chcieli dać starej władzy prztyczka w nos – w efekcie na jesień dostaną od nowej kopa w dupę. W czym jest przynajmniej ta nadzieja, że w 2020 roku, po pięcioletniej sraczce zafundowanej nam przez zjełczałą już do tego czasu narodową pseudoprawicę i ePiSkopat, w drugiej turze wyborów prezydenckich spotkają się Tusk z Biedroniem. I po raz pierwszy w Polsce będzie obojętne, który wygra – przyjemna fantazja, lecz trzeba jeszcze ją do tego czasu dośnić…

      

niedziela, 23 listopada 2014
1442. Entirely sure...

  

„Pytanie, co wolno umieścić w dzienniku, a co powinno na zawsze pozostać zatajone, dotyczy sedna całego jego pisania. Jeśli będzie musiał odmawiać sobie wyrażania nieszlachetnych emocji – pretensji o to, że ktoś wdarł się do jego mieszkania, lub wstydu z powodu własnych porażek w roli kochanka – to jakże te emocje przeistoczą się w poezję? A jeśli poezja nie stanie się katalizatorem jego przemiany z człowieka nieszlachetnego w szlachetnego, czemu w ogóle miałby zawracać sobie nią głowę? Skąd zresztą pewność, że uczucia zapisywane w dzienniku są prawdziwe? Skąd pewność, że gdy pióro sunie po kartce, on w każdej chwili naprawdę jest sobą? Chwilami może i tak, a znów kiedy indziej nie wiadomo, czy po prostu nie zmyśla. Jak tu być pewnym? I czemu miałoby mu w ogóle zależeć na tej pewności?”

                [John Maxwell Coetzee, Młodość. Przeł. M. Kłobukowski].

  

21:40, alexanderson , Wierszo- / blogopisanie
Link
poniedziałek, 07 lipca 2014
1407. Tractatus Logico-Philosophicus...

   

Przez otwarte okno słyszę pod blokiem głos chłopaka, mieszkającego dwa piętra pode mną, z którym chodziłem do jednej klasy w podstawówce. Był z tych „normalnych”, ale spokojnych, cichych, nie miał dziewczyny jeszcze w liceum (podobnie zresztą jak większość tamtych chłopców – wtedy to raczej dziewczęta szukały sobie sympatii, dla chłopców były sport i próby z alkoholem). Dzisiaj samochód, mieszkanie po rodzicach, synek, żona…

Jestem chyba jedynym z grona ówczesnych uczniów, co nie założył własnej rodziny, nic nie ma, nie umie znaleźć pracy. Dawny klasowy prymus, ulubieniec, dziś nieudacznik bez wykształcenia, umiejętności, znajomości. Bez celu, liczący na doraźne przetrwanie, zależny od rodziców. Myślę już o tym bez emocji niczym o swojej cesze immanentnej. Gdy patrzę wstecz, to wszystko – warunki wychowania, otoczenie, moje starania i decyzje, niezaistniałe szanse – wszystko się układało tak, by zrobić ze mnie tego, kim (i gdzie) obecnie jestem. Nie dziwię się więc zaistniałej sytuacji, jest logiczna…

   

„Zawsze byłem mądrym dzieckiem, grzecznym, rozsądnym chłopcem. Jadłem fasolkę, bo jest zdrowa, odrabiałem lekcje. Nie odzywałem się niepytany. Wszyscy mnie chwalili. Dopiero niedawno zacząłem się pogrążać. Przedziwne uczucie, chociaż – przy moim poziomie świadomości – od dawna się tego spodziewałem”

              [John Maxwell Coetzee, Ciemny kraj. Przeł. M. Konikowska].

  

wtorek, 27 maja 2014
1394. Too late...

  

To się nie może zakończyć w taki sposób, powtarzam nieustannie. A jednak staje się. Złośliwy los utrudnia nawet godziwe pożegnanie – wpierw maj deszczowy, zimny, potem zbyt ostre słońce, powódź psują zdjęciowe plany (plaża o świcie!), nie pozwalają nadrobić zaległości. A przecież tyle jeszcze chciało się zobaczyć, przeżyć, odwiedzić znów, poprawić, zrobić. Już nie da się, nie zdąży, trzy lata niewykorzystane – zabrakło życia, żeby choć pobieżnie oswoić się z Warszawą…

  

„Nawet najdłuższy czas nie wystarcza, kiedy kocha się jakieś miejsce miłością tak zachłanną”

            [John Maxwell Coetzee, Chłopięce lata. Przeł. M. Kłobukowski].

  

wtorek, 13 maja 2014
1389. Verlorener Sohn...

  

Szukam popołudniami oraz rano, czasem też w środku dnia; pisuję i wysyłam, czekam. Nawet do toalety boję się pójść bez telefonu, bo może ktoś zadzwoni. Nic, cisza, zero odpowiedzi. Po jakimś czasie te same ogłoszenia – czyli szukają dalej, lecz ja się nie nadałem. Mamie jakaś ulotka wpada w ręce i na darmową policealną szkołę mnie namawia. Jak wrócę, zmuszą mnie do zapisania się, na pewno (a od koszmaru pracowania gorsze być mogą tylko kolejne lata edukacji). Jak gdyby nie dość, że mam się za miernotę, to jeszcze muszę w rodzicielskich oczach widzieć, że zawodzę…

  

„Człowiek, który uciekł w wielki świat, a teraz z podkulonym ogonem wraca do małego. Nieudaczny uciekinier (…). Nieudaczny syn”

                    [John Maxwell Coetzee, Lato. Przeł. D. Żukowski].

  

niedziela, 30 marca 2014
1374. Time of my life...

   

Jedynym plusem jej pobytu są obiady, jadane na Nowym Świecie, w „Barbakanie” (ładniutki i cichy młody kelner), deser u Wedla (chłopiec przy oknie z fajnym noskiem) – jednorazowe ceny powyżej moich tygodniowych kosztów. Trudno jednak wytrzymać – to wychodzenie dopiero przed południem, smętne spacery bez-zdjęciowe, te jej godziny malowania się, krzątania; że siedzi obok lub zostaje z tyłu, patrzy, ocenia moje żółte spodnie, myśli coś, widząc tytuł „Perwersja” na stoliku, musi być świadkiem mojego „Cześć” z sąsiadem, z którym by chciało się coś więcej, a nie potrafi zrobić kroku dalej. Marnuję czas, bezcenną każdą minutę prywatności – po tych trzydziestu latach z nią, przed kolejnymi trzydziestoma u niej

  

„– (…) ze mną się trudno żyje. Polega to między innymi na tym, że ja nie chcę mieszkać z innymi ludźmi.

– (…) Chcesz mieszkać sam?

– Tak. Tak i nie. Chcę móc decydować, kiedy jestem sam”

                    [John Maxwell Coetzee, Lato. Przeł. D. Żukowski].

   

poniedziałek, 24 marca 2014
1372. Phobia socialis...

  

Najmniejszy gest, wykonany publicznie, jest problemem. Unikanie ulotkarzy na ulicy, z wymówką na użytek własny, że niby podważam sens systemu, zmuszającego do tak bezmyślnych i nisko płatnych prac. Lecz niby w czym miałbym być od tych ludzi lepszy? W obecnej mojej sytuacji winienem im zazdrościć. Od kilku dni inaczej więc: podchodzę, nie omijam, do ręki biorę wszystko, co mi dają i dziękuję. Taka swoista forma przełamania, opóźnianie swojego zdziczenia, chwilowa namiastka kontaktu…

  

„Niekiedy dostrzegał absurdalność swoich lęków, w przebłyskach rozsądku uświadamiał sobie, że odcięty od ludzkiej gromady, może się wkrótce stać bardziej bojaźliwy od myszy”

    [John Maxwell Coetzee, Życie i czasy Michaela K. Przeł. M. Konikowska].

   

czwartek, 06 marca 2014
1365. Ultimus inter pares...

  

Ponad miesiąc od usunięcia się z tych stron – zlikwidowania wizytówek i profili, reklam samego siebie, co odstraszając, miały być progiem selekcyjnym, sitem do znajdowania wartościowych. Nie zauważył chyba nikt – bo któżby? Sześć lat bez choćby jednej znajomości, rozmowy rzeczywistej, spotkania w cztery oczy, randki. Moja w tym wina, moje lęki, trudności wciąż piętrzone, złe zasady. Złe miejsca też: szukasz miłości tam, a znaleźć możesz tylko seks; nie szukasz seksu – miłości też nie znajdziesz, tym bardziej zrozumienia. Rozdział homo zamknięty. Nie masz zdolności do uczucia, twe ciało do rozkoszy – ile byś ich nie pragnął. Inny niż inni: nie wolno ci startować na równych im zasadach, wystawiać się na śmieszność – dla kalek są paraolimpiady…

  

„Postanowił, że zostanie egzystencjalistą, romantykiem i libertynem. Problem w tym, że nie wiedział jak, bo to nie wychodziło z jego wnętrza. Wolność, zmysłowość, miłość erotyczna – wszystko to były jedynie idee w jego głowie, a nie namiętności zakorzenione w ciele. Nie miał ku temu żyłki, nie był istotą zmysłową”

                    [John Maxwell Coetzee, Lato. Przeł. D. Żukowski].

  

piątek, 21 lutego 2014
1360. Wrong Turn...

  

Gorączka, dreszcze, zębami szczękam i trzęsie mną pod kocem kilka godzin, nic już mi nie smakuje, łzy bez powodu płyną, rozpacz. Nie radzę sobie. Jak się jej przyznać, że sobie tu nie radzę i że do domu powrót na pewno mnie zabije…

  

„Jest podobnie jak John rozpuszczonym, bystrym chłopcem. On też uciekł od matki, która tak mu wszystko ułatwiała, że aż się dusił. Lecz Ganapathy’ego ucieczka wyczerpała do cna. Teraz czeka, aż ktoś go wyratuje. Chce, żeby matka albo jakaś podobna do niej osoba przyszła mu na ratunek. Jeśli się nie doczeka, umrze z wycieńczenia w mieszkaniu pełnym śmieci”

                [John Maxwell Coetzee, Młodość. Przeł. M. Kłobukowski].

  

poniedziałek, 13 stycznia 2014
1345. Misery...

  

„Dawno temu, w czasach dziecięcej naiwności, wierzył, że jedyną istotną miarę stanowi inteligencja, więc jeśli tylko będzie dość bystry, osiągnie wszystko, czego zapragnie. Studia uniwersyteckie nauczyły go skromności. Dowiodły mu, że wcale nie jest najbystrzejszy – co to, to nie. A teraz stoi oko w oko z prawdziwym życiem, w którym nie ma nawet oparcia w egzaminach. W prawdziwym życiu potrafi chyba jedynie cierpieć. W tym przedmiocie wciąż jest prymusem. Wygląda na to, że umie ściągnąć na siebie istny bezmiar niedoli i jakoś jednak wytrzymać. Nawet gdy włóczy się po zimnych ulicach obcego miasta, nie zmierzając donikąd, po prostu łażąc, żeby się gruntownie umęczyć i po powrocie do wynajętego pokoju móc chociaż zasnąć, nie znajduje w sobie najmniejszej skłonności do załamania się pod jej brzemieniem. Niedola jest jego żywiołem, a on czuje się w niej jak ryba w wodzie. Gdyby niedolę skasowano, nie wiedziałby, co ze sobą począć.

Mówi sobie, że szczęście niczego człowieka nie uczy. Za to niedola opancerza go przed przyszłością. Niedola jest szkołą duszy. (…)

Ale niedola nie przypomina oczyszczającej kąpieli, lecz raczej brudną sadzawkę, a on z jej kolejnych przypływów wcale nie wychodzi bystrzejszy ani silniejszy, tylko jeszcze bardziej otępiały i oklapnięty. Na czym właściwie polega to oczyszczające działanie, które jej się przypisuje? Czyżby jeszcze nie dość głęboko zanurkował? Czy będzie musiał przekroczyć granice zwykłej niedoli, wypływając na wody melancholii i obłędu?”

                [John Maxwell Coetzee, Młodość. Przeł. M. Kłobukowski].

  

piątek, 01 listopada 2013
1315. Memento mori...

  

Jeszcze nie wyjechałem – opóźniam nieustannie, bo nic mnie tam nie ciągnie. I nawet moje groby są bardziej tu, gdzie wszak nikogo nie mam, niż tam, pośród nagrobków z mym nazwiskiem, które zresztą zakończy razem ze mną swą historię…

Kochane ewangelickie – ostatnio nasila się pokusa, by po nich oprowadzać. Dorzucam nieco do skarbonek Krystyny Jandy i Kazimierza Kaczora (wstyd nieco, że tak skromnie – jak w końcu wygram w Totolotka, obiecuję wspierać te cmentarze regularnie); widziałem także kwestujących Magdę Umer, Bożenę Stachurę, Annę Czartoryską i Arkadiusza Janiczka. Miałem jeszcze czekać na debiut Jarosława Kuźniara, lecz szybko się poddałem. Zamiast tego krótki spacer Żytnią, na chwilę do Śródmieścia (odsłonięty wreszcie front katedry), coraz smutniejszy nastrój. Jakaż to pusta egzystencja, której – od lat dziecinnych – jedynym celem jawi się przerwanie samej siebie…

  

„(…) kiedy świat, w którym obecnie spędzam swoje życie, w pełni się objawił, stwierdziłam, że do niego nie przynależę. Moje życie, dzień za dniem, to było odwracanie oczu, zażenowanie. Śmierć jest ostatnią prawdą, jaka pozostała. Nie mogę znieść myśli o niej. W każdej chwili, kiedy zastanawiam się nad czymś innym, na chwilę zapominając o śmierci, oddalam się od prawdy”

               [John Maxwell Coetzee, Wiek żelaza. Przeł. A. Mysłowska].

  

      

  

wtorek, 15 października 2013
1308. Isola isolata...

  

Mama znów usilnie przekonuje do przyjazdu, choćby na kilka dni. Kusi: że zrobi ciasto i wybierzemy obiecane w ramach prezentu urodzinowego okulary (nie zmieniałem ich od bodaj sześciu lat – szkła już porysowane, oprawki chciałoby się mieć nieco modniejsze). „Co będziesz sam tam siedział… Nie masz pracy, więc nic Cię tam nie trzyma”… Nie rozumie, że chodzi właśnie o samemu bycie i dysponowanie swoim w niczym nieograniczonym wolnym czasem. Prędzej czy później bowiem znów trzeba będzie wprząc się do kieratu (co wykańcza), lub też opuścić Warszawę ostatecznie i wrócić tam, gdzie koszmar poprzedniego życia (co zabije). Dlatego ważny każdy dzień, godzina, chwila – nic tutaj jest cenniejsze niż wszystko tam, gdzie indziej…

  

„Coś w ten sposób udowadnia: to, że każdy człowiek jest wyspą, a rodzice są niepotrzebni”

                [John Maxwell Coetzee, Młodość. Przeł. M. Kłobukowski].

  

poniedziałek, 26 sierpnia 2013
1288. Fragments d’un discours amoureux…

  

JA

„I jeszcze powiedziałem sobie: »Nie wiem, co czuła. Nie wiem, jaka była naprawdę. Wiem, że jej nie posiadłem, bowiem niczego się nie posiada, posiadając kobietę. W nic się nie wchodzi, wchodząc w kobietę. Wiem, że jej nie rozumiałem, tuląc ją do siebie. Ale ją kochałem«”

                  [Pascal Quignard, Życie sekretne. Przeł. K. Rutkowski].

  

ONA

„Kochał… Kochał mnie czy ideę mnie? Nie wiem. Jednak na pewno miał powody, żeby być mi wdzięczny. Nie utrudniałam mu sprawy. Są tacy mężczyźni, którym uwodzenie kobiety nie przychodzi łatwo. Obawiają się ujawnić pożądanie, narazić na odtrącenie. Za takimi lękami często leży historia z dzieciństwa. Nigdy nie naciskałam Johna, by się otworzył. To ja uwodziłam, to ja prowadziłam zaloty. Romans trwał na moich warunkach i zakończył się, kiedy tak postanowiłam. Pyta pan: czy mnie kochał? Odpowiadam: był mi wdzięczny”

                    [John Maxwell Coetzee, Lato. Przeł. D. Żukowski].

  

niedziela, 11 sierpnia 2013
1282. Ars bene moriendi...

  

Miesiąc od czasu, gdy kosztem utraty dochodów zyskałem to, co niezauważenie mija, na czym mi tak zależy. I nic z tych wszystkich planów by skorzystać: projektowanych wypraw, o świcie zdjęć i miejsc do odwiedzenia. Jakiś rodzaj wyczerpania i niechęci, marnowania, przysypiania, zapuszczenia. Nie chce się golić, sprzątać, pójść wreszcie do fryzjera, czytać, ćwiczyć – głodzić się jest znacznie prościej niż zarabiać, marzenia na tapczanie wydają się bardziej przyszłościowe od szukania posady…

  

„Stracił poczucie czasu. Niekiedy, budząc się bez tchu (…) wiedział, że to dzień. Przez długie godziny leżał w tępym odrętwieniu, zbyt zmęczony, by się otrząsnąć ze snu. Wszystkie procesy w ciele przebiegały coraz wolniej. Zapominasz o oddychaniu – mówił sobie; mimo to nadal oddychał. (…)

Czasami wynurzał się na jawę niepewny, czy przespał dzień, tydzień czy miesiąc. Przypuszczał, że nie całkiem nad sobą panuje. Musisz jeść – powtarzał, po czym próbował się dźwignąć (…). Ale znów się odprężał, prostował nogi, ziewał, czując zmysłową przyjemność tak słodką, że pragnął tylko leżeć, gdy w nim falowała. Nie miał apetytu; jedzenie – branie różnych rzeczy i wtłaczanie ich przełykiem w głąb ciała – wydawało się osobliwym zajęciem.

A później, krok po kroku, sen stał się płytszy, chwile czuwania coraz częstsze. Nawiedzały go serie obrazów, prędkich i chaotycznych, nie potrafił ich śledzić. Miotał się z boku na bok, nie zaspokojony snem, lecz zbyt wyprany z sił, żeby wstać. Miewał bóle głowy; zaciskał zęby, krzywił się z każdym uderzeniem tętna pod czaszką”

    [John Maxwell Coetzee, Życie i czasy Michaela K. Przeł. M. Konikowska].

  

niedziela, 14 lipca 2013
1272. Going nowhere...

  

Trzy dni zamknięcia w domu, leżenia i odpoczywania, ciągłego odsypiania. Niewiarygodne, do jakiego stopnia musiałem być zmęczony. Brak sił, by czytać, brak nawet na uzupełnienie zapasów jedzenia – lodówka pusta, na obiad suche kukurydziane płatki. Trzeba by od jutra się zmobilizować, wyjść gdzieś i wykorzystać lato, brak zajęcia. Nacieszyć tym, że znowu żadnych obowiązków, planów, celów. Trwanie, co niczemu nie służy. Tak tylko mogę funkcjonować; tak tylko się powinno…

  

„Żył według wschodów i zachodów słońca, w próżni poza czasem. (…)

Wszystko inne pozostało za nim. Kiedy się budził rano, oczekiwał go tylko masyw dnia, jednego dnia. Był niczym termit drążący skałę. Nie miał nic do roboty – tylko żyć. (…)

Nie wiedział, co go spotka. Historia jego życia nigdy nie była ciekawa. Zazwyczaj ktoś mu mówił, co ma robić dalej. Teraz nie było przy nim nikogo: najlepiej zatem czekać”

    [John Maxwell Coetzee, Życie i czasy Michaela K. Przeł. M. Konikowska].

  

piątek, 28 czerwca 2013
1267. Nietykalny...

  

Siedzą na parapecie Cafe du Monde, na poduszkach. Obserwuję ich z góry, z okna po drugiej stronie Rakowieckiej. Ona obejmuje go ramieniem, on trzyma dłoń na jej udzie. Piją jakiś koktajl z jednej szklanki; niebo już grzmi, lecz jeszcze nie trzeba chować się do środka. Inna para, może nawet w wieku gimnazjalnym, całuje się głęboko, długo na światłach przy Rondzie de Gaulle’a. W tramwaju dziewczyna na kolanach chłopca. Wszędzie wokół witanie się znajomych: uściski i buziaki...

Dotyk od tego wszystko się zaczyna. Trzydzieści lat bez niego, dlatego teraz zastanawianie się nad każdym gestem, dyskomfort zamiast przyjemności, stąd moje kalectwo łóżkowe i społeczne...

  

„Zna pan słowo »odcieleśniony«? On właśnie taki był. Zupełnie oddzielony od swojego ciała. Dla niego ciało było jak marionetka, którą się porusza za pomocą sznurków. Ciągnie pan za tę linkę, porusza się lewa ręka, ciągnie pan za inną, porusza się prawa noga, a prawdziwe ja siedzi gdzieś wysoko i go nie widać, jest jak lalkarz kontrolujący marionetkę.

I taki człowiek przychodzi do mnie, królowej tańca. »Pokaż mi, jak się tańczy!« – żąda. Więc ja mu pokazuję, jak człowiek się rusza, kiedy tańczy. Mówię: „Kładziesz stopę tu, a potem przesuwasz ją tu”. On słucha i tak to sobie tłumaczy: »Aha, chodzi jej o to, żeby pociągnąć za czerwony sznurek, a potem za niebieski!«. »Obróć ramię w taki sposób« – mówię mu, a on wyjaśnia sobie: »Aha, mam pociągnąć za zieloną linkę!«.

Ale nie na tym polega taniec! Nie na tym!

Taniec to wcielenie. W tańcu nie ma w głowie żadnego lalkarza, który prowadzi, a ciało wykonuje jego polecenia. Ciało samo prowadzi, ciało wraz z jego duszą, ciało-dusza. Bo ciało wie! Ono wie! Kiedy czuje w sobie rytm, nie potrzebuje myśleć. Tacy jesteśmy my, ludzie. Dlatego właśnie drewniane kukły nie potrafią tańczyć. W drewnie nie ma duszy, ono nigdy nie poczuje rytmu”

                    [John Maxwell Coetzee, Lato. Przeł. D. Żukowski].

  

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi