~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Coetzee_John Maxwell

piątek, 28 czerwca 2013
1267. Nietykalny...

  

Siedzą na parapecie Cafe du Monde, na poduszkach. Obserwuję ich z góry, z okna po drugiej stronie Rakowieckiej. Ona obejmuje go ramieniem, on trzyma dłoń na jej udzie. Piją jakiś koktajl z jednej szklanki; niebo już grzmi, lecz jeszcze nie trzeba chować się do środka. Inna para, może nawet w wieku gimnazjalnym, całuje się głęboko, długo na światłach przy Rondzie de Gaulle’a. W tramwaju dziewczyna na kolanach chłopca. Wszędzie wokół witanie się znajomych: uściski i buziaki...

Dotyk od tego wszystko się zaczyna. Trzydzieści lat bez niego, dlatego teraz zastanawianie się nad każdym gestem, dyskomfort zamiast przyjemności, stąd moje kalectwo łóżkowe i społeczne...

  

„Zna pan słowo »odcieleśniony«? On właśnie taki był. Zupełnie oddzielony od swojego ciała. Dla niego ciało było jak marionetka, którą się porusza za pomocą sznurków. Ciągnie pan za tę linkę, porusza się lewa ręka, ciągnie pan za inną, porusza się prawa noga, a prawdziwe ja siedzi gdzieś wysoko i go nie widać, jest jak lalkarz kontrolujący marionetkę.

I taki człowiek przychodzi do mnie, królowej tańca. »Pokaż mi, jak się tańczy!« – żąda. Więc ja mu pokazuję, jak człowiek się rusza, kiedy tańczy. Mówię: „Kładziesz stopę tu, a potem przesuwasz ją tu”. On słucha i tak to sobie tłumaczy: »Aha, chodzi jej o to, żeby pociągnąć za czerwony sznurek, a potem za niebieski!«. »Obróć ramię w taki sposób« – mówię mu, a on wyjaśnia sobie: »Aha, mam pociągnąć za zieloną linkę!«.

Ale nie na tym polega taniec! Nie na tym!

Taniec to wcielenie. W tańcu nie ma w głowie żadnego lalkarza, który prowadzi, a ciało wykonuje jego polecenia. Ciało samo prowadzi, ciało wraz z jego duszą, ciało-dusza. Bo ciało wie! Ono wie! Kiedy czuje w sobie rytm, nie potrzebuje myśleć. Tacy jesteśmy my, ludzie. Dlatego właśnie drewniane kukły nie potrafią tańczyć. W drewnie nie ma duszy, ono nigdy nie poczuje rytmu”

                    [John Maxwell Coetzee, Lato. Przeł. D. Żukowski].

  

piątek, 21 czerwca 2013
1265. Downhill...

  

Wczoraj druga rocznica – spełnienia, osiedlenia. A wkrótce także druga – utraty, załamania. Coś za coś, marzenie za pragnienie. Miało być z-siebie-wyleczenie, szansa z kimś – są postępujące zaburzenia, otwartość na nikogo

  

„Wydaje mu się, że tak czy owak, przegra. Bo przecież nie ma talentu do kłamstwa, oszustwa ani naginania reguł, tak jak nie ma daru delektowania się przyjemnościami czy fantazyjnego ubierania. Potrafi jedynie cierpieć niedolę – nudną, uczciwą niedolę. Ale jeśli to miasto w żaden sposób niedoli nie wynagradza, co on tu w ogóle robi?”

                [John Maxwell Coetzee, Młodość. Przeł. M. Kłobukowski].

  

niedziela, 19 maja 2013
1256. Dni i noce...

 

Weekend wprost wymarzony, doskonały, spacerowo i zdjęciowo intensywny. Sobotni poranek pod Muzeum Historii Żydów Polskich i bunkrem Anielewicza na Miłej, w południe Ufficio Primo, gdzie kolejna edycja Art Yard Sale (na stronie internetowej imprezy filmik sprzed roku, gdzie pojawiam się ok. 1.20) – znów bardziej niż młoda sztuka (przy stoisku swojej znajomej córka Jolanty Fajkowskiej – Maria Niklińska, prześliczna dziewczyna w fatalnym makijażu) interesuje mnie budynek: udaje się zakraść na górne kondygnacje, skąd wyraźniej prezentuje się „Spirala: Tribute to Leykam”, instalacja w hołdzie twórcy obiektu. No i spotykam koleżankę z pracy, którą namówiłem na odwiedzenie tego miejsca…

    

      

  

      

  

Mijam Marsz dla Jezusa, a po obiedzie (naleśniki z serem) na Bednarskiej kolejka do Belwederu w ramach Nocy Muzeów – oganianie się od meszek i komarów, przy powitaniu na osłodę krówki prezydenckie, a potem piękne klasycystyczne wnętrza i pamiątki po Józefie Piłsudskim. Bronisława Komorowskiego udaje się zobaczyć, gdy opuszcza rezydencję w drodze na Krakowskie Przedmieście – po zakończeniu zaś zwiedzania przetrzymują nieco nas, bo właśnie wrócił.

W niedzielę trafia się (nareszcie!) brak samochodów przed kościołem ewangelicko-reformowanym – miły pan z parafii zaprasza mnie do środka i oprowadza po wspaniałym neogotyckim wnętrzu, pokazując nawet plebanię i opowiadając o swojej konfesji. Padają nazwiska zasłużonych dla warszawskiej wspólnoty, które znam już (satysfakcja spora) z moich częstych wizyt na cmentarzu kalwińskim na Żytniej. Spieszę do Łazienek na inaugurację koncertów przy pomniku Chopina – wśród słuchaczy są także prezydent Komorowski z małżonką, Hanna Gronkiewicz-Waltz, Waldemar Dąbrowski i Małgorzata Niezabitowska. Gra Anna Maria Stańczyk – świetnie dobrany repertuar (przy nokturnie cis-moll op. posth. wzruszyłem się do łez) i takież wykonanie. Brawa. Do palącego słońca na czystym niebie stopniowo dołączają ogromne cumulusy – wraz z muzyką tworzy się niezapomniany spektakl. Następnie nieco zdjęć kościoła św. Aleksandra (komunijnie przystrojone wnętrze), pierogi z jagodami (znów Bednarska), manifestacja w obronie Telewizji Trwam przed Zamkiem, zaułki Starego i Nowego Miasta...

Wszystko piechotą i niespiesznie, z rękami w kieszeniach jak ocean, „powoli chodzę i rozglądam się”. Zadowolenie z samopoczucia i tego, jak wyglądam. Z czasu nie w pracy, pogody i Warszawy – te trzy czynniki składają się na szczęście (w wersji exclusive jest jeszcze Ania i pieniądze – nie wiem, co bardziej niemożliwe). Na co dzień mam tylko stolicę – co będzie, jeśli i ją stracę? Dramat zaczyna się z końcem każdego spaceru...

  

„Na dworze dzień już przygasa. John wlecze się przez Great Russell Street do Tottenham Court Road, a potem skręca na południe w stronę Charing Cross. W ulicznym tłumie przeważają młodzi. Ściśle mówiąc, są to jego rówieśnicy, ale on wcale tego nie czuje. Ma wrażenie, że jest już w sile wieku, przedwcześnie postarzały: dołączył do grona bezkrwistych, znużonych naukowców o wysokich czołach i łuszczącej się przy najlżejszym dotyku skórze. W głębi duszy pozostał jednak dzieckiem, nieznającym swojego miejsca w świecie, wystraszonym, niezdecydowanym. Cóż robi w tym ogromnym, zimnym mieście, w którym już choćby po to, żeby w ogóle przeżyć, trzeba przez cały czas mocno się trzymać i wystrzegać upadku?

Księgarnie na Charing Cross otwarte są do szóstej. Ma więc gdzie się podziać, póki nie wybije szósta. Potem wpadnie w tłum poszukiwaczy sobotnich uciech. Przez pewien czas może płynąć z prądem, udając, że tak jak inni szuka rozrywek, ma dokąd pójść i z kim się spotkać, lecz prędzej czy później będzie musiał się poddać, pojechać metrem do stacji Archway i wrócić do swojego samotniczego pokoju”

                [John Maxwell Coetzee, Młodość. Przeł. M. Kłobukowski].

   

środa, 15 maja 2013
1254. Dzień próby...

  

To samo, co w poniedziałek, tylko bardziej. Kolejne bezsensowne wezwanie pod Warszawę na cały dzień, aby tylko pomóc w czymś przez kwadrans. Jednocześnie przykry opierdol od Prezesa odnośnie opóźnienia naszej pracy w KRS-ie. Nie widzę szansy, żeby się dało zdążyć. A wobec tego, mówią, jesteśmy niepotrzebni (grożą zwolnieniem, a przecież znajdowanie nowego zajęcia dwa razy zajęło mi rok). Trzeba będzie teraz pracować po dziewięć, dziesięć godzin w szaleńczym tempie. I rzeczywiście, doprowadza mnie to do obłędnego wyczerpania. Późno-popołudniowe przysypianie bardziej już przypomina nagłe utraty przytomności niż zamierzone drzemki. Nie wiem, jak inni ludzie znoszą ten kierat 8 razy 5 – powszechnie przyjmowane pasmo tortur (a w firmie jeszcze liczą, że będziemy dorabiać przy innych projektach popołudniami, wieczorami za stawki ekstra – wpierw, kurwa, zapłaćcie podstawowe!). Ja nie mam tyle siły ani cierpliwości. Wprost namacalnie czuję, jak życie mi ucieka, jak nic niczemu nie służy, a bez pieniędzy sam siebie mam za śmiecia. Żadnej rekompensaty w innej sferze. I żadnej perspektywy na poprawę. Pytanie nie brzmi więc „jak żyć”, ale w ogóle „po co”...

  

„Znalazł się na próbnym poligonie i niezbyt zwycięsko z tych prób wychodzi. Ale przecież to niemożliwe, żeby tylko jego jednego im poddawano. Jacyś ludzie musieli chyba przejść przez ten poligon, przedrzeć się na drugą stronę; niektórym z pewnością udało się wymigać od próby. On także mógłby zrobić unik, gdyby zechciał: na przykład uciec do Kapsztadu i nigdy nie wrócić. Ale czy właśnie tego pragnie? Wykluczone; jeszcze na to za wcześnie.

Co będzie, jeśli pozostanie i w końcu nie podoła próbie, tylko sromotnie polegnie? Jeśli sam w czterech ścianach wybuchnie niepohamowanym płaczem? Jeśli któregoś ranka zabraknie mu odwagi, żeby wstać, więc łatwiej będzie przeleżeć cały dzień w łóżku – a potem jeszcze jeden i kilka następnych, w coraz brudniejszej pościeli? Jaki los czeka takich ludzi? Co dzieje się dalej z tymi, którzy się załamują w obliczu próby?”

                [John Maxwell Coetzee, Młodość. Przeł. M. Kłobukowski].

  

poniedziałek, 13 maja 2013
1253. Vanitas vanitatum...

  

Coraz trudniej uporać się z narastającą furią – że trzeba wstawać niewyspanym i siedzieć w pracy, gdy niebo najpiękniejsze; że się spóźniają dwa tygodnie z pensją i dzielą ją na raty – a mimo tego gonią, wpatrzeni w nierealny termin, kierują pretensje, grożą. Że mam ponad trzydzieści lat i osiem godzin dziennie wyciągam zszywki z dokumentów lub też ołówkiem numeruję strony; że – co najgorsze – to właśnie moje miejsce, wprost idealne, jeśli uwzględnić umiejętności interpersonalne oraz kompetencje. Spełniony jednak czułbym się jedynie chodząc po mieście z aparatem – gdzie chcę i kiedy chcę. Tymczasem trzeba marnować czas i siły na coś, co nawet mi nie zapewnia utrzymania, naiwnie marząc, że można w życiu żyć i jeszcze coś osiągnąć, że się steruje i ma wpływ, że jest jakaś przyjemność…

  

„(…) musi być gotów znieść wszystko, co życie mu szykuje, choćby oznaczało to wygnanie, niewdzięczną pracę zarobkową i pohańbienie. A jeśli nie sprosta najtrudniejszej próbie, na jaką wystawi go sztuka, jeśli okaże się, że jednak nie ma tego błogosławionego daru, musi być gotów ścierpieć również i to: nieodwołalny wyrok historii skazujący go – mimo jego obecnych i przyszłych cierpień – na los miernoty. Wielu jest powołanych, a niewielu wybranych”

                [John Maxwell Coetzee, Młodość. Przeł. M. Kłobukowski].

  

wtorek, 05 marca 2013
1229. Second Hand Life...

  

Dziurawe swetry, kurtka bez zamka, zużyty portfel, te idiotyczne włosy. Lęk w oczach, skulenie w każdym geście. Możesz podglądać, naśladować, zmieniać, kształtować nowy styl (lazurowe i cytrynowe nogawki w butach za kostkę) – i tak jest to tylko udawanie. Brakuje ci tej swobody poruszania, pewności siebie, myśli, że możesz się podobać. Miejsc oswojonych i zdobywanych osób. Półśrodki i półtony – ukształtowana przez prowincję mentalność łachmaniarza, wstydzącego się wejść na salony, to twój podskórny kostium…

   

„(…) młodzi mężczyźni, których widuje w metrze i na ulicach, chodzą w wąskich czarnych spodniach, w butach ze spiczastymi noskami i w dopasowanych marynarkach o kanciastym kroju, zapinanych na wiele guzików. Noszą też długie włosy, zasłaniające czoło i uszy, podczas gdy on po dawnemu ma krótko ostrzyżone boki i tył głowy, a na czubku schludny przedziałek, który wymusili na nim w dzieciństwie małomiasteczkowi fryzjerzy (…). W metrze oczy dziewczyn prześlizgują się po nim lub przybierają wzgardliwy, niewidzący wyraz.

W jego losie jest pewna niesprawiedliwość: zgłosiłby sprzeciw, gdyby tylko wiedział, gdzie i wobec kogo ma to zrobić. Na jakich to posadach pracują jego rywale, że wolno im się ubierać wedle własnego widzimisię? A zresztą, niby dlaczego miałby ulegać dyktatowi mody? Czyżby wewnętrzne zalety nie były nic warte?”

                [John Maxwell Coetzee, Młodość. Przeł. M. Kłobukowski].

  

środa, 12 grudnia 2012
1200. No Future...

  

I co, już zawsze tak? Na cudzym, bez stabilnego zatrudnienia i za grosze, uzależniony od pomocy, coraz słabszy. Nie stworzy nic, niczego nie zostawi, nie osiągnie. Wciąż bez doświadczeń, już bez zdolności odczuwania. Milczenie, lęk, kalectwo, zawiść, obłęd. Nikt nie wytrzyma, nie pokocha, nikomu nie będzie brakowało, kiedy zniknie…

  

„Mężczyzna w twoim wieku… nie ukryłeś gdzieś kobiety i dzieciaków? Dlaczego jesteś całkiem sam? Gdzie twój kapitał na przyszłość? Chcesz, żeby cała historia zakończyła się na tobie? To by była smutna historia, nie sądzisz?”

    [John Maxwell Coetzee, Życie i czasy Michaela K. Przeł. M. Konikowska].

  

wtorek, 04 grudnia 2012
1197. Long-term liabilities...

  

Kupiła mi niedawno płaszczyk – jak kiedyś, sama z siebie, bez mierzenia. Na pewno się spodoba. Tymczasem rzadko trafia, a ja już nie akceptuję aby było. Kazałem zwrócić, jak tylko zobaczyłem zdjęcie. Pyta więc, jaką chcę książkę pod choinkę. Zawsze były dla młodszych, niż ja wówczas – nie chcę, sam sobie sprawiam prezent (Zamkowe targi historyczne przynoszą spore żniwo). Ostatnio dzwoni, że właśnie są w Saturnie i może by słuchawki… Wystarczy mi, że dzięki niej tu jestem – każda zaś dodatkowa rzecz przypomni owe więzy, rozwieje miraż samodzielność, stanie ciężarem dla nieodwdzięczającego się sumienia

  

„Co tydzień dostaje od matki list w jasnoniebieskiej kopercie lotniczej, starannie zaadresowanej drukowanymi literami. Złoszczą go te dowody niezmiennej miłości. Czy matka nie chce zrozumieć, że gdy wyjechał z Kapsztadu, zerwał wszelkie związki z przeszłością? Jak zdoła jej wytłumaczyć, że zamierza nieubłaganie kontynuować dzieło przeobrażania się w kogoś całkiem innego, które rozpoczął w wieku piętnastu lat, póki nie wygasi w sobie resztek pamięci o rodzinie i porzuconym kraju? Kiedy ona wreszcie zauważy, że oddalił się od niej i na dobrą sprawę można go już uznać za obcego?”

                [John Maxwell Coetzee, Młodość. Przeł. M. Kłobukowski].

  

środa, 28 listopada 2012
1194. Na Wspólnej (IV) - „Biez wodki nie razbieriosz”...

  

„Właściwie przez cały czas jest zmęczony. Pochylając się nad szarym blatem biurka (…), zmaga się z huraganowymi napadami ziewania, które stara się ukrywać (…). Chciałby tylko położyć ręce na biurku, oprzeć na nich głowę i zasnąć”

                [John Maxwell Coetzee, Młodość. Przeł. M. Kłobukowski].

  

Coraz bardziej nużące to zostawanie po godzinach, praca od 8.00 do 18.00, tygodniami opisywanie tymi samymi tytułami teczek, wprowadzanie setek pozycji do kolejnych spisów. Miało się zakończyć już w ten piątek, lecz wskutek niefrasobliwości kierownictwa przedłuży do połowy grudnia. Inna rzecz, że grożą opóźnienia i kary finansowe, przy dwóch zaś firma wylatuje i przyszłoroczny etap archiwizowania (czyli: szansę na zarabianie przez jeszcze kilka miesięcy) diabli biorą. Tym bardziej trzeba teraz dłużej przesiadywać, wyciskać jak cytrynę. Październik był łaskawy w dni robocze, z 25,5 nadgodzinami dał 1 567,78 zł – za mało, jak na ten wysiłek, a i tak najwięcej w moim życiu…

Dziś wieczór jeszcze idziemy z wieżowca do kwatery głównej ministerstwa, by rozładować 80 kartonów z przyrządzonymi przez nas teczkami, powkładać je na półki. Balansuję na drabince nieco chybotliwej, jedną nogę opierając na regale. Zasada: im bardziej zmęczeni, tym bardziej skłonni do wygłupów, wciąż się sprawdza – zwłaszcza, że dla przetrwania raczymy się wódką (!) rozcieńczoną Sprite’m. Wyjścia na piwo odmawiałem od miesięcy, lecz dziś ochoczo popijam razem z nimi (pierwszy raz taki alkohol z rówieśnikami – mieliby ubaw, gdyby się dowiedzieli). Dwa plastikowe kubeczki wystarczą, bym zaczął odczuwać ruch obrotowy Ziemi. Po zakończeniu muszę się nieco przejść. Ogromna bombka na Krakowskim, Magris kupiony w Taniej Książce, choinka obok Zamku, dziewczyna machająca z tramwaju swemu chłopcu, co wysiadł wcześniej – posyłający sobie obydwoje wirtualną buzię. Jakie to jest dziecinne, myślę sobie, jak urocze – że też ja nie doświadczę nigdy nawet takiej bzdury. Na powrót przed oczami staje A. – nic, tylko się bardziej upić…

  

środa, 12 września 2012
1165. Sentimenti d’inferiorità...

  

Tak długo wczoraj płakałeś. Spróbuj się dzisiaj uśmiechnąć – tyle tylko w życiu będziesz mieć radości, ile jej sobie wmówisz, poudajesz…

 

W pracy podpuszczają koleżankę do przyznania, że „jeszcze tego nie robiła”, czeka na właściwego chłopca. I nieco kpiąco dziwią, jak w wieku dwudziestu trzech lat „mogła się taka uchować”. Podsłuchuję z korytarza i nie zdradzam z własną historią. Ta dopiero byłaby zabawnym i niezrozumiałym science-fiction. A że nie ma czym się chwalić, nie opowiadam tam o swoim życiu ani słowa. Wszystko w nim zbyt różni się od wszystkich…

  

„Poniżenie, jakiego się doznaje, ukrywając swoją tajemnicę, jest tak dotkliwe, tak żałosne i dogłębne, że pociąga za sobą falę innych powodów do wstydu. Wydaje się, że jest nieograniczona ilość pobudek, które skłaniają człowieka do wstydu”

               [John Maxwell Coetzee, Wiek żelaza. Przeł. A. Mysłowska].

  

piątek, 18 maja 2012
1115. Here on Earth...

 

W zamkniętym pokoju, kiedy chłodno, deszczowo i pochmurnie, gdy ponuro – senny i apatyczny; z płaczem, z bólem, wyciem. Wśród parków i na ulicach, chłonąc promienie słońca – bez myśli, z aparatem, w trakcie wycieczek-przygód. Bez celu, nadziei na cokolwiek, bez nikogo. Igrając z ogniem, odliczając terminy, stany konta. Pogrążając się ostatecznie, pierwszy raz o czymś decydując – znalazłszy swoje miejsce…

  

„Mógłbym tu żyć wiecznie – pomyślał – albo do śmierci. Nic by się nie działo, każdy dzień przypominałby poprzedni, nie trzeba by nic mówić”

    [John Maxwell Coetzee, Życie i czasy Michaela K. Przeł. M. Konikowska].

  

poniedziałek, 16 kwietnia 2012
1101. The Process of Destruction...

  

Odchorowuję jeszcze pracę – i przewianie pod Centralnym w poprzedni poniedziałek. Nic dobrego nie wyszło z przedwczesnego powrotu od rodziców. Katar niemalże przeszedł, jest za to szczypanie w gardle, kaszel, poczucie zimna – jak zwykle: nie potrafię, nie chce mi się leczyć; brak obiadów zapewne także nie pomaga. Jednakże dziś zupełna już pustka w lodówce, zabrakło nawet masła – a więc konieczność dłuższego spaceru z parasolem. Zakupy, tradycyjnie, w Wola Park, a po powrocie chowam się pod kocyk – czytam Virginię, imaginuję, że obok Anuleczka. Na piersi ciągnący się dni kilka dziwny ucisk; mama wyczuwa załamanie w moim głosie, ale, na szczęście, przemilcza… Nikt nie ma w pełni pojęcia, co się dzieje…

  

„Czuje, że gdzieś w jego wnętrzu posiniaczono i zmaltretowano jakiś istotny narząd – może nawet samo serce. Po raz pierwszy w życiu ma przedsmak starości, kiedy będzie doszczętnie znużony, wyzuty z wszelkich nadziei i pragnień, zobojętniały na to, co niesie przyszłość. (…) Mogą minąć tygodnie, może miesiące, zanim do reszty się wykrwawi, ale krwawić już zaczął”

                 [John Maxwell Coetzee, Hańba. Przeł. M. Kłobukowski].

     

środa, 27 lipca 2011
975. Trafiony-zatopiony...

  

Najbardziej płaczliwy dzień od tygodni. Wstręt do siebie, rozpaczliwe szukanie w Internecie lekarzy (psychiatrów, seksuologów, urologów), świadomość wszystkich ograniczeń, których bez kogoś przy sobie nie uda się przełamać. I przez które nikogo przy sobie mieć się nie udaje. A potem to najgorsze – jedyny sposób, by jakoś sobie radzić: zapadanie w sobie, schowanie na dnie. Wyzbycie wszystkich pragnień…

  

„Przypominam wykastrowanego mężczyznę, wykastrowanego w wieku dojrzałym. Próbuję sobie wyobrazić, jak wygląda jego życie po takim zabiegu. Wyobrażam sobie, co może czuć, patrząc na wszystko, co przedtem kochał. Zachował pamięć i wie, że powinien kochać nadal, ale już nie jest w stanie zdobyć się na miłość, kochać dla samego kochania. Miłość, co to takiego, czym była miłość?, pyta sam siebie, szukając w pamięci wspomnienia dawnego uczucia. Ale teraz wszystko wydaje się bezbarwne, nijakie, beznamiętne. Dopuściłem się zdrady, rozmyśla, skupia się, próbując odtworzyć uczucie towarzyszące zdradzie, przeniknąć do samej jej istoty, treści. Ta się jednak ulotniła. Zniknął sens wszystkiego. Zostało wewnętrzne rozdarcie, delikatne, niemniej popychające w kierunku obojętności, samotności. Obojętny, powtarza sobie. Wymawiając to ostre, deprymujące słowo, chciałby go dosięgnąć, żeby sprawdzić jego wyrazistość. Nie dopuszcza niestety do niego mglistość brzmienia i własna bierność. Wszystko zaciera się w pamięci, za tydzień, za miesiąc zapomni o wszystkim, znajdzie się w gronie sybarytów i samotników żyjących z dnia na dzień. Po raz ostatni będzie próbował przeżyć ból osamotnienia, ale ta próba sprowadzi się do przelotnego uczucia smutku.

Nie wiem, czy wyrażam się dość jasno, Vercueil. Mówię o determinacji, o próbie trzymania się swojego postanowienia i o mojej porażce. Przyznaję się, ja tonę. Siedzę tu obok ciebie i tonę”

               [John Maxwell Coetzee, Wiek żelaza. Przeł. A. Mysłowska].

  

niedziela, 03 lipca 2011
963. Warsaw guide...

  

Przyjechali, przywieźli książki (połowa półek i tak została wolna; kilkadziesiąt kolejnych tomów można spokojnie sprowadzić), zachwycili mieszkaniem, dali się oprowadzić pod parasolami po Ogrodzie Saskim, Starym i Nowym Mieście, Krakowskim Przedmieściu i Nowym Świecie, zrobili sobie kilka zdjęć telefonem, kupili mi czajnik w Złotych Tarasach, zjedli obiad w Dzikim Młynie, zrobili pierwsze pranie, zostawili ciasto wiśniowe i inne słodkości, i pojechali z powrotem dzisiejszego popołudnia. Długo się znów nie pojawią. Dopiero teraz jestem w pełni urządzony – sam, na swoim, na sobie tylko polegający…

  

„Od dziś jest wolnym człowiekiem, nie krępują go żadne zobowiązania prócz tych, które ma wobec siebie. Czas leży przed nim, do roztrwonienia wedle własnego widzimisię. Jest to niepokojące uczucie, lecz on zakłada, że stopniowo przywyknie”

                 [John Maxwell Coetzee, Hańba. Przeł. M. Kłobukowski].

  

piątek, 20 maja 2011
946. „Horresco referens”...

  

Babcia ma czworo dzieci, ale żadne z nich nie jest w stanie się nią zająć. Kolejne szpitale i ośrodki opieki są jej obecnym schronieniem, a ona – choć lata mijają – każdego dnia żywi nadzieję, że wreszcie zabiorą do domu. Ale dom zajął syn rozwodnik i przebudowywuje go z myślą o kochance, nie o umierającej matce. Zniedołężniała, unieruchomiona i otumaniona lekami, bojąca się obcych i milcząca, zdana na bezduszny personel, którego nie interesuje, że pacjentka pragnie pić / nie poda sobie jedzenia ze stolika / trzeba jej zmienić pieluszkę / jest wystawiona na słońce – zadręcza mimowolnie swym cierpieniem-istnieniem dwie jeżdżące do niej co dni kilka córki, trwoniące pieniądze na elementarny sprzęt i leki, na darowizny dla pielęgniarek, pozbawiające się resztek sił i nerwów (czwarta córka i jej bogaty synek mają w dupie – może i dobrze, śpią spokojniej, może tak właśnie trzeba). Zaczynamy już czekać na to, co jednak nie nadchodzi, a byłoby dla wszystkich wyzwoleniem. Przerdzewiałych warunków, w jakich to się odbywa – jednako: państwowych czy prywatnych – nie można nazwać inaczej niż strasznymi (i jeden tylko „sukces” służby zdrowia – przebija moje złe mniemanie o polskim szkolnictwie). Zgroza, doprawdy istna zgroza...

  

„Jest coś upokarzającego w sposobie, w jaki wszystko się kończy. Upokarza-jącego nie tylko dla nas, ale dla wyobrażenia, jakie mamy o sobie, o kondycji ludzkiej. Ludzie leżą w ciemnych sypialniach, w rozgardiaszu, bezradni. Inni leżą pod żywopłotem, w deszczu.

(…) Czy należy umierać z całą świadomością, że człowiek sam wybiera swój los? Czy należy przyjąć śmierć bez środków znieczulających?” 

               [John Maxwell Coetzee, Wiek żelaza. Przeł. A. Mysłowska].

  

Mój lęk przed starością – rodziców, moją własną, lęk przed starymi ludźmi. Są lustrem, w którym za nic nie chcę się sobie przyglądać...

  

wtorek, 22 marca 2011
920. Z tyłu...

   

Idą przed, ciągniesz za. On ją ręką na barku, ona mu dłoń do kieszeni na pupie. Pocałunki uliczne, śmiech, imitacje niesytych ukąszeń. Zdaje się, że liceum, nie więcej. W takim wieku – już doświadczą, już dotkną. I rozkwitną, i dojrzeją, nauczą. Będą wiedzieć i czuć, będą mogli. A dla ciebie – bez tego, bez wtedy, emeryta od dziecka – nawet gdyby przyszła jeszcze kiedyś wiosna: już za późno…

  

„Wzdycha. Młodzi biorą się w ramiona, w zapamiętaniu, pochłonięci muzyką zmysłów. To nie jest kraj dla starców. Lurie ostatnio jakoś ciągle wzdycha. Żal: żałosna nuta jak na finał”

                [John Maxwell Coetzee, Hańba. Przeł. M. Kłobukowski].

  

niedziela, 10 października 2010
852. Il buono, il brutto, il cattivo...

  

Idiotyczna zabawa w chwili samotności – kompensacja braku, akt rozpaczy dziki: samodzielne portety zdjęciowe, sesja w łóżku, w i bez pościeli mini akty. Potem zaskoczenie podczas oglądania – to inne spojrzenie na siebie, nie jak w lustrze, niczym kogoś z boku. Dziwna twarz – nie moja, obca, sztuczna; chude ciało – przy patrzeniu z góry lepiej to wygląda. I zażenowanie…

Trudno się samemu karmić własnej urody nadzieją – nikt nie podziwia, bo, widać, nie ma na co i patrzeć…

  

„Jak brzydniemy, kiedy nie potrafimy dobrze o sobie myśleć. (...) Brzydota. Czym jest, jeśli nie duszą wyrażającą się przez ciało?”

                [John Maxwell Coetzee, Wiek żelaza. Przeł. A. Mysłowska].

   

sobota, 25 września 2010
845. Ein Zerfall (II)...

  

Ledwie zdążyłem wrócić, mama burzy mi spokój – jakieś dziwne pretensje, że nie mówię wszystkiego, nie dopuszczam jej do najgłębszych, intymnych pokładów; moja orientacja jako nurtujący ją problem, zwłaszcza w świetle ostatnich zachowań – pyta mnie (ta nadzieja w podtekście!), czy się coś odwróciło, czy dziewczyny zajmą teraz miejsce chłopców. Nie wiem, czy odpowiedź – fakt, nieco dwuznaczna – w pełni ją pozbawi owych złudzeń…

A w istocie chodzi o naszą nieumiejętność prowadzenia elementarnej rozmowy, przebywania ze sobą, o jakąś zapiekłą niechęć z mojej strony, która coraz bardziej musi być widoczna – odczytywana jest jako nienawiść, wstręt, pragnienie, by wreszcie, na zawsze stąd odejść… Aż tak bardzo nie możesz wytrzymać?...

  

„Matka obawia się, że Erika się zastanawia, i daje tym obawom wyraz. Kto nie mówi, może sobie coś myśleć. Matka domaga się otwartego wypowiadania myśli, a nie gryzienia się w środku. Trzeba mówić matce, o czym się myśli, żeby była poinformowana. Matka obawia się ciszy. Czy córka jest żądna zemsty? Czy odważy się na jakieś bezwstydne słowa?”

                       [Elfriede Jelinek, Pianistka. Przeł. R. Turczyn].

 

Przyglądamy się od lat, jak postępuje rozpad tej rodziny – żadne z nas nie ma ochoty, sił ani zdolności, żeby to powstrzymać…

           „Rodzice i dzieci nie są stworzeni do tego, żeby mieszkać razem” 

                 [John Maxwell Coetzee, Hańba. Przeł. M. Kłobukowski].

  

wtorek, 19 stycznia 2010
733. Stripped...

  

Znowu ten błąd nieustanny – zbytnio się tutaj obnażam, bo nie mam się przed kim rozbierać, bo skrywam tak lęk swój ogromny przed seksem. I godzę się z tym, że tak będzie, musi być, to najgorsze...

  

„Odczuwa wstyd, ale powierzchowny i przelotny. Bo najpierw w jego pisarstwie, a teraz i w życiu, wstyd jakby stracił władzę, a jego miejsce zajęła obojętna i amoralna bierność, która się nie wzdraga przed żadną skrajnością”

     [John Maxwell Coetzee, Mistrz z Petersburga. Przeł. W. Niepokólczycki].

  

piątek, 11 grudnia 2009
714. Asymmetrically...

  

Wydaje mi się, że płakała. Że był ku temu słuszny powód. Ale brak mi już sił, by przepraszać za samego siebie, by tłumaczyć warunki, które mnie wciąż na nowo takim czynią. Te zewnętrzne, przeklęte czynniki, które muszę na każdym kroku uwzględniać: wystraszone zerkanie w bok, odczekiwanie, uspokajanie się, wyznaczanie sobie czasu, gdy można, a nie, gdy się chce

Wszystkie relacje z tym kilkorgiem ludzi, na których mi zależy, opierają się na zadawaniu bólu lub odczuwaniu krzywdy. I chyba tak już będzie…

  

„Nie wiem, jak tu rozwiązać ten problem. Nic nie wiem prócz tego, że asymetria odbiera ludziom szczęście”

            [John Maxwell Coetzee, W sercu kraju. Przeł. M. Konikowska].

  

Archiwum
Tagi