~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Lowell_Robert

wtorek, 12 maja 2015
1479. „Gdziem z tobą płakał, gdziem się z tobą bawił”...

  

Jedziemy do Krakowa. Rodzice nie byli jeszcze nigdy, ja czterokrotnie już – tym razem pierwszy raz bez Ani, bez tego pretekstu do podróży, naczelnej motywacji i atrakcji. Będę ich oprowadzał kilka dni, lecz nie poznają, po jakich śladach kroczę, łzy jakie i uściski przywołuję, jakie sprzed czterech lat miraże mi się jawią. Mogła się wyrzec i zapomnieć o mnie, lecz ja ją trzymam w ramionach swoich wspomnień nieustannie…

  

                    „Nie upłynęło między nami nic prócz czasu”

                                             [Robert Lowell. Przeł. P. Sommer]

   

niedziela, 22 marca 2015
1464. Drobne szaleństwa dnia codziennego...

  

                    „W moim odciętym pokoju

                    robię postępy w mówieniu do siebie”

                                        [Robert Lowell. Przeł. P. Sommer].

  

Popołudniowe wydarzenie na podwórku: żyjący chyba samotnie pan z psychicznym odchyleniem dostaje jakiegoś napadu – krzyczy od kilku dni „do kogoś”, awanturuje się, nie daje drzwi otworzyć. Przyjeżdża na sygnale doń policja, straż pożarna, zabiera go karetka. Sąsiedzkie głowy w oknach (zaćmienie słońca w piątek nie miało tylu obserwatorów), strojący sobie żarty chłopacy na podwórku. Być może za dwadzieścia czy trzydzieści lat historia się powtórzy – odwrotnie niż u Marksa farsa się zmieni w dramat, znów będzie widowisko, przyjadą właśnie po mnie (por. 1416). Już teraz można wytknąć palcem, zaczynać odliczanie…

    

                    „Ile pokarmu da się wyciągnąć z szaleństwa

                    ile z obsesji śmierci

                    zanim osiągną one krytyczny punkt

                    kiedy już nic z niczego nie da się wysnuć

                    kiedy nic do niczego nie zmierza

                    kiedy na spotkanie nie pojawia się nikt”

                                        [Julia Hartwig, Zanim].

  

poniedziałek, 04 sierpnia 2014
1416. Dom niespokojnej starości...

   

Na opustoszałym rynku przyzywa mnie z okna ceglanej kamienicy staruszka („Gdzie Pan idzie? Halo! No podejdź Pan tu”). Musi być spragniona towarzystwa („Widzę, że idzie taki ładny chłopak – nie wiem: chłopak czy dziewczyna, ale chyba chłopak, czapkę se założył – to myślę, że zawołam, bo u mnie pięć dziewczyn, wnuczki mam, ale teraz sama siedzę”). Wydaje się przygłucha, albo coś układa sobie w głowie po swojemu – nieswojo się rozmawia z kimś, kto zadaje ciągle te same pytania i nie pamięta lub przekręca odpowiedzi (kilkakrotnie powtarzam, że idę na spacer, a ona, że „Do babci? Na dworze ta zabawa?”). Wspominam coś o nadchodzącej chmurze, możliwym deszczu, nie wiem, co dalej mówić, w końcu żegnamy się, uciekam – od niej, od swojej nieporadności, skrępowania. Też będę kiedyś tak jak ona – tyle że wyżej, niedostępniej, za firankami, lękając się zagadać…

  

                         „Starość to inny gatunek,

                         jego głosem jest nic”

                                        [Robert Lowell. Przeł. P. Sommer].

   

22:30, alexanderson
Link
poniedziałek, 20 lutego 2012
1071. Light at the End of the Tunnel...

     

Mail z sobotniego wieczoru, odczytany w niedzielę przed północą, zaproszenie na poniedziałkowe popołudnie. Pierwszy w Warszawie odzew na wysyłane od kilku miesięcy aplikacje. Na miejscu tłum młodych ludzi z tekturowymi teczkami na cefałki. Minutowe rozmowy z kolejnymi grupami kandydatów: charakter pracy (już nie wiem: to wypełnianie umów czy call center?), godzinowy lub akordowy system płacy – do nas najmniejszych pytań. Stawki kuszące, odległość od domu spacerowa, opinie w Internecie przerażają. Jutro otwarty dzień, by się rozejrzeć co i jak, a potem zdecydować. Zacząłem już sobie ostatnio wyobrażać pakowanie, więc nie mam wielkiego wyboru…

 

                    „Czujemy, jak maszyna wymyka nam się z rąk,

                    jakby kierował nią kto inny;

                    jeśli na końcu tunelu widać światło,

                    jest to światło nadjeżdżającego pociągu”

                                        [Robert Lowell. Przeł. P. Sommer].

  

Długo czekało się na śnieg, błękitne z obłokami niebo. Tymczasem odwilż, wyjście bez aparatu, w interesach. Wracam na przełaj przez Stare Powązki, gdzie ciągle jeszcze „Środek zimy. / Dzwoniące tamburyny lodu” [Thomas Tranströmer. Przeł. A. Orzech], wszystko spoczywa pod głośno chrupiącą otuliną. Przynajmniej ci tutaj śpią spokojnie, czekają słońca – nadziei już nie muszą wypatrywać, na nic liczyć…

  

czwartek, 04 lutego 2010
740. Szukając wciąż szans i nie wyrzekając się nadziei...

  

Uparcie, dumnie i skrycie, oszukując, że to niby dla moich już oczu jedynie, nieodwiedzany przez najbardziej pożądanych, bez większego odzewu i najmniejszej nagrody, za to cięgi wciąż nowe dostając – brnę naprzód i nie zamierzam przestawać. Nie teraz jeszcze, nie teraz… 

   

                    „Niestety, ja mogę opowiedzieć tylko własną historię – 

                    mówiąc do siebie, czytając albo pisząc,

                    albo mężnie nie ukrywając nic przed przyjacielem,

                    który przez chwilę mi wierzy”

                                                  [Robert Lowell. Przeł. P. Sommer].

  

                     Zagłosuj na mnie - Bloger 2009 roku - Wiadomosci24

  

Zachęcony bardzo dobrym ubiegłorocznym wynikiem, zapraszam wszystkich czytelników do kolejnego konkursu na blogera roku. Z jednego adresu e-mailowego można oddać pięć głosów, po jednym w pięciu kategoriach (nie ma obowiązku głosowania w każdej). Aby poprzeć mój blog, należy do 24 lutego kliknąć na powyższy obrazek, wybrać kategorię „Życie”, odnaleźć mój blog na początku alfabetycznej listy, kliknąć w buton „Głosuj” obok tytułu bloga, a następnie podać swój e-mail, na który zostanie wysłany potwierdzający link. Wszyscy głosujący, którzy do 13 kwietnia zarejestrują się w serwisie wiadomości24.pl, wezmą udział w rozlosowaniu laptopa. Dziękuję i namawiam!

  

19:01, alexanderson , Wierszo- / blogopisanie
Link
czwartek, 17 grudnia 2009
718. Delirium tremens...

   

               „A jednak czasem łapię się na tym, że mój zmętniały umysł

               toczy szklistym wzrokiem

               za imieniem bez twarzy, lub twarzą bez imienia”

                                                  [Robert Lowell. Przeł. P. Sommer].

  

Uwagę przyciągają głównie niewinne, błahe z pozoru detale: czapka z przekrzywionym daszkiem, grzywka opadająca na czoło, oprawki okularów, wykrój nosa, skórzana torba na ramieniu, wąskie spodnie, płaszcze z pagonami, białe buty do niebieskich dżinsów, ręce w kieszeniach, sposób kołysania biodrami… Jaki fajny, swobodny i normalny chłopiec – mówię sobie tyle razy na dzień, mijając niemalże każdego, wciąż pragnąc być kimś innym zupełnie od siebie, goniąc za czymś zazdrośnie, bezowocnie. Czy siebie lepszego na ulicach poszukuję, czy też kogoś jak ja tożsamego, by się zespolić nareszcie i zrozumienie, ukojenie znaleźć? Narcyzm i egoizm a homoerotyzm – przyczynek do studium zjawiska…

  

Te mroźne przeraźliwie, puste noce, chłodna w swej śliskości pościel, krew, co napływa, co buzuje tu i ówdzie. Że też tyle żaru musi się w wieczór każdy, każdego poranka marnować. Bierze mnie chyba gorączka…

  

wtorek, 24 listopada 2009
707. Relations...

  

Pisanie miało być jedyną dostępną mi formą nawiązywania kontaktów z innymi i zdobywania cudzej sympatii – a stało się czynnikiem odstraszającym i środkiem utraty znajomych…

Andrzej uczył mnie kiedyś, że ludzie nie chcą wiedzieć wszystkiego, co o nich myślę. I teraz dopiero zaczynam rozumieć, że nie pragną także poznać całej prawdy o mnie…

 

Wciąż tęsknię za nami...

   

                    „Nic! Żadnej ulgi

                    dla oka, nic żeby ukoić

                    tamtą wodę lub płomień.

                    Jestem zmęczony. Każdego męczy moja udręka”

                                                  [Robert Lowell. Przeł. P. Sommer].

   

poniedziałek, 15 czerwca 2009
632. Don’t panic (I)…

  

Najwidoczniej za mało jeszcze było tego wszystkiego − braku pracy i pieniędzy, zniszczonej w Warszawie marynarki, ponownie rzucanych w twarz upokorzeń. Na domiar złego trzeba było zainfekowania komputera jakimś świństwem tuż po otrzymaniu propozycji dokonania dla kogoś korekty jego doktoratu i tym samym szansy zarobienia kilkuset złotych − pierwszych od dziesięciu miesięcy. Nic to, przepadło, nie da się. Tylko Internet jeszcze jakoś działa. Wobec urlopu fachowca, który zwyczajowo nas w takich sytuacjach ratuje oraz wyjazdu rodziców na wakacje za kilka dni, komputer może odzyskać sprawność najwcześniej za trzy tygodnie. Cudownie, po prostu cudownie...

Z ambiwalencji przerażenia i wściekłości wyrywa mnie dopiero telefon od Ani. Bardzo lubię jej głos i rozkoszne gadulstwo. Przypomina mi to... wiadomo kogo. W ten sposób „każdy znieczulający lek napina inny nerw do bólu” [Robert Lowell. Przeł. P. Sommer]. I sam nie wiem: dobra taka pamięć, czy zła...

  

14:59, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 06 czerwca 2009
628. O tym, że już chyba nie potrafię, nawet jeśli chęci wciąż nie zbywa...

   

                    „Dopominaliśmy się o obsesję pisania

                    i zostaliśmy wysłuchani”

                                        [Robert Lowell. Przeł. P. Sommer].

  

Tylko co teraz − sobie na przekór, z przyzwyczajenia, na siłę? Uparcie, co drugi dzień, aż do końca, za wszelką cenę i bez wiary w bodaj jedno słowo…    

   

                    „dlaczego nie pisze się tak jak się mówi

                    nie pisze się tak jak się kocha

                    nie pisze się tak jak się cierpi

                    nie pisze się tak jak się milczy

   

                    pisze się trochę tak jak nie jest

                                        [Jan Twardowski, Pisanie].

  

czwartek, 28 maja 2009
623. O tym, że "The Mirror Has Two Faces"...

   

                    „twoja kipiąca krew, twoja żądna życia twarz,

                    i ten bezwiedny wiew dramatu w twoim głosie”

                                                  [Robert Lowell. Przeł. P. Sommer].

  

Próbuję znaleźć jakieś wytłumaczenie tego stanu, pytam więc Anię, czy to we mnie widać, na kogo ja w ogóle wyglądam, jakie sprawiam wrażenie − bo, jak chwilami skłonny jestem sądzić, wszyscy to we mnie widzą poza tymi podobnymi do mnie − a jej wystarczyło tamto jedyne nasze spotkanie, by zobaczyć więcej, niż mogłem przypuszczać:

  

„Wyglądasz trochę na »siebie« – a znaczy to mniej więcej tyle, że wyglądasz na osobę cichą, skrytą, odległą, chłodną i odrobinę przestraszoną. Nie ma w Tobie pewności siebie, nie ma instynktu walki o swoje, jest za to niewidzialna, lecz wyczuwalna bariera. Wyczuwa się w Tobie bezradność i bezbronność. Wydajesz się podenerwowany, również przytłoczony jakimś ciężarem, jakąś obawą, uległością (choć bywasz uparty!), masz ładne, delikatne rysy, jesteś drobny, zadbany – ludzie lubią interpretować większość tych cech jako oznaki słabości lub kategorie kobiece wyrażające podporządkowanie. W większości kultur pojęciu męskości hegemonicznej (tej idealnej walecznej męskości opartej na modelu patriarchalnym) przeciwstawia się męskość poddaną – homoseksualną. Jedna staje się zaprzeczeniem drugiej. Stąd też pogląd jakoby wszystko to, co homoseksualne było »niemęskie«. W kontekście tego podziału, pozwolę sobie tak skwitować Twoje pytanie – czasami bywa w Tobie coś niemęskiego, ale nie będzie to w pierwszym rzędzie wygląd jako taki, lecz raczej »zachowanie« (a ściślej ta jego część, której nie kontrolujemy – mowa ciała?), wypływające ze szczególnego typu Twej osobowości. Myślę sobie, że też i dlatego niektórzy ludzie mogą Cię niejako automatycznie utożsamiać z męskością homoseksualną...”

  

Lecz problemem byłoby w takim razie to coś innego, pokrewnego, przebijającego gdzieś spod zewnętrznej warstwy − owo obciążenie, jakim moja przeszłość obarczyła teraźniejsze oraz przyszłe lata, ten skrótowo już tu opisywany „wyryty na twarzy smutek” jako coś towarzysko odstręczającego, powód braku zainteresowania moją osobą. Bo też dla kogo mógłby być atrakcyjny taki zalękniony, nieśmiały i małomówny „mężczyzna”? Podejrzewam, że przenosi się to i na inne rodzaje moich kontaktów, na przykład te „zawodowe”, że widać to na rozmowach kwalifikacyjnych, gdy kapituluję, próbując odgrywać abstrakcyjne scenki i dialogi. Jutro się o tym przekonamy − trzeci raz w ciągu dziesięciu miesięcy…

  

„Nie dostrzegał przepaści pomiędzy tym, jaki był naprawdę, a tym, co sobie na swój temat wyobrażał” [Marcelo Figueras, Szpieg czasu. Przeł. B. Jaroszuk].

  

środa, 29 kwietnia 2009
606. Erotyk na jednego aktora i dwóch statystów...

  

Mam tu nieustanne szczęście do słońca i pogody − a dziś to już niemal lato. Pierwszy raz wychodzę na miasto bez marynarki, odsłaniając swoje chude ręce − ten najbardziej jawny z defektów. Z wyboru ubrań, jakie przywiozłem do stolicy, mimowolnie ukształtował się mój styl − codziennie komponuję zmyślne układy z czerni, szarości, bieli i granatów. I codziennie nikt nawet nie spojrzy...

Już niemalże śmieszne jest to nieustanne krążenie ulicami, wypatrywanie kolejnych twarzy, czekanie, aż wreszcie ktoś zauważy, podejdzie, uśmiechnie się, przemówi − daremne, bo ten, kogo szukam, nie powinien mieć przecież odwagi wykonać żadnego ruchu. Szukam, żeby zapomnieć, a i tak błąkam się wciąż ze łzami w oczach i z Tobą w głowie...

 

Wszędzie zakochane pary, pocałunki, uściski, chłopcy w spodenkach za kolana, ich nagie nogi z rzadkim i krótkim włosiem − tak, jak chcę, tak, jak u Niego. Trudno to wszystko wytrzymać...

  

                    „(...) przyroda jest słonecznie pijana seksem −

                    jakże człowiek mógłby tego nie zauważyć, on,

                    jedyny pornograf pośród zwierząt?

                    Szukam wytchnienia od namiętności ciała,

                    jestem za słaby, żeby zapamiętać lub dać

                    wspomnieniu oko mikroskopu”

                                        [Robert Lowell. Przeł. P. Sommer].

  

Już trzy razy, w różne dni zdarzyło nam się minąć w zabytkowych miejscach. Ile on może mieć lat? Dziewiętnaście, dwadzieścia jeden, dwadzieścia cztery? Czy to dość, by się następnym razem doń odezwać? I czy w tym życiu będą jeszcze jakieś następne razy?...

  

Archiwum
Tagi