~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Llamazares_Julio

wtorek, 14 lipca 2009
645. Czucie i wiara...

  

Nazywamy z Anią to, co jest między nami. Największym ze słów...

  

* * *

Nieco zaskakująca ta zbieżność tytułów i motywów: niedawno Wiolonczelistka Michaela Krügera, a teraz Pianistka Elfriede Jelinek – w obu sugestywniejsze od seksualnego skrzywienia bohaterów wydają się równie wypaczone relacje z ich matkami.

Nie wiem z góry, co znajdzie się w czytanych przeze mnie książkach, a ostatecznie wszystkie, w jakiejś mierze, traktują o tym samym. Można je zestawiać w pary, odnosić do siebie, przepisywać. I tak bez końca...

  

„Nie chodzi o to, czy istnieje życie po śmierci – chodzi o to, czy istnieje życie przed śmiercią” [Julio Llamazares, Sceny z niemego kina. Przeł. M. Płachta].

  

W jedno popołudnie pochłaniam 450 stron Strasznie głośno, niesamowicie blisko Jonathana Safrana Foera. Piękny przykład tego, jak literatura może reagować na wydarzenia współczesności, mierzyć się z traumą jednostek i narodów. I wzruszający portret niezwykłego dziecka, szukającego śladów po swym zmarłym ojcu. Delikatne to i pogodne, a przez to wstrząsające i wielkie…

Samoloty wbijające się w budynki… Spadające ciała… Walące się budynki…

  

* * *

Nie pociąga mnie kariera, realizowanie się na jakimś polu, osiąganie czegoś, działanie i rozwijanie się, spędzanie życia na zarabianiu na życie – pragnę mieć jedynie święty spokój. Ale to można sobie tylko kupić, pozostaje więc nieosiągalne. Wszystko, co pożądane, takim pozostaje. Bo tacy, jak ja, na własność mogą mieć wyłącznie nic… 

   

                    „(…) jak ulotny dym lub wodna piana,

                    Taki ślad w świecie po sobie zostawi”

                                        [Dante, Boska Komedia. Przeł. A. Świderska].

     

* * *

Zmarł Zbigniew Zapasiewicz, ostatni z Kreczmarów, największy...

  

poniedziałek, 31 marca 2008
402. Une saison en enfer

  

Zimnym rankiem spieszę na pociąg przez zieleniejący się, rozkrzyczany głosami setek ptaków las. Prowadzi mnie charakterystyczne pukanie o pnie drzew – „Nie krakały kruki, wrony, / Tylko dzięcioł / Pełzł po wierzbie, wystukiwał / Drogę księciu” [Słowo o wyprawie Igora. Przeł. J. Tuwim]. Całe poszycie jest białe od tysięcy zawilców, ale dziwnym trafem zauważę to dopiero wiele godzin później, wracając tędy do domu ze wspomnieniem wrocławskich krokusów przy teatrze Capitol…

  

Pamięć, zapomnienie, wspomnienie…

W pociągu naprzeciw mnie siada dziewczyna, z którą w liceum chodziłem do jednej klasy. Nie miałem powodu jej nie lubić. Mówimy sobie „cześć” i są to jedyne słowa, jakie padają między nami. Ona próbuje usnąć, ja uciekam w lekturę…

  

„Czas zabliźnia rany. Czas to cierpliwy żółty deszcz, gaszący powoli najbardziej zajadłe płomienie. Ale istnieją płonące pod ziemią stosy, szczeliny pamięci tak zapiekłe i głębokie, że nawet rwący potok śmierci nie mógłby ich przesłonić. Próbujemy żyć, jakby ich nie było, zadusić je milczeniem, przykryć patyną czasu i gdy myślimy, że nareszcie udało nam się zapomnieć, dostajemy niewinny list, który rozbija na drobne kawałki taflę lodu skuwającą zapomnienie”

                    [Julio Llamazares, Żółty deszcz. Przeł. M. Płachta].

  

Na zajęciach pytanie o zadane przed świętami opowiadanie Leonida Andriejewa spotyka się z głuchym odzewem studentów. „I odpowiedzią mu było milczenie…” – nigdy nie będą wiedzieć, ile dla mnie znaczy ten tekst… Tam, gdzie zajść ani razu we Wrocławiu nie omieszkam, kupuję Pogardę Alberto Moravii. Być może jest w tym jakieś ukryte znaczenie. W każdym razie cudowny motyw George’a Delerue z filmu Godarda musiał mi nieuchronnie rozbrzmiewać potem w myślach…

Spacer wzdłuż Promenady Staromiejskiej przez park Kopernika do Wzgórza Partyzantów. Jak zwykle przyglądam się ludziom, zajmującym kolejne ławki. Drzemiący, sterany życiem i chyba podpity mężczyzna; chłopiec nadający sms; babcia z rozkosznym maleństwem w wózku; student czytający grubą powieść; dziewczyna z czymś, co mogłoby być podręcznikiem do angielskiego; i zakochane pary, bez skrępowania okazujące sobie uczucie. Pierwszy raz wspinam się na Wzgórze – z ławki na szczycie spoglądam na wschód i przez kilkanaście minut obserwuję przez drzewa, jak po drugiej stronie fosy, na skwerze Krasińskiego dwaj chłopcy odbijają piłkę. Jeden jest w krótkich spodenkach i ma mnóstwo tej życiowej energii, o której ja dawno już zapomniałem. Jak dobrze, że macie siebie nawzajem, koledzy, że umiecie się tak bawić i śmiać. Jak dobrze…

Wracam dołem, blisko lustra wody. W pociągu kończę czytać zaczętą dziś przepiękną opowieść o umierającej wiosce Ainielle…

  

„Nic nie budzi w człowieku takiego lęku jak drugi człowiek – większego jeszcze, jeśli oboje są jedną i tą samą osobą. Tak, samotność zmusiła mnie do stawienia czoła samemu sobie. A w odpowiedzi na ten przymus, do zbudowania na wspomnieniach potężnych ścian zapomnienia. I to był jedyny sposób, by przetrwać pośród tego zniszczenia i rozkładu, jedyny sposób, by znieść samotność i lęk przed obłędem” [Ibidem].

  

Wiosna – rozleniwia, drażni nerwy, mąci w głowie, nie daje nocą zasnąć. Z pewnością już przyszła. To będzie mój kolejny sezon w piekle

  

Archiwum
Tagi