~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Gomez Rufo_Antonio

czwartek, 20 września 2018
1702. Le poéme des trains (II)...

„Consuelo Balaguer przemierzała życie szybkim krokiem, samotnie, przeplatając godziny spędzane za biurkiem z godzinami trawionymi na poszukiwaniu miłości, której brak ją dławił. Właśnie skończyła czterdzieści dwa lata i miała wrażenie, że życie nie dało jej ani jednej szansy, że okazja nie zatrzymała się nigdy przy jej peronie. Niektórzy świadomie nie wsiadają do pociągu miłości, wiedząc, czym to grozi. Są i tacy, którzy owszem, wsiadają, ale jeszcze szybciej wyskakują, widząc, że zostały już tylko miejsca w drugiej klasie lub że nie interesuje ich stacja docelowa zaznaczona w rozkładzie.

Jednak pociąg taki nigdy nie zawitał na peronie Consuelo Balaguer”

[Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

niedziela, 17 września 2017
1640. Surrender...

Zgadzam się zrazu, odbywam pierwsze ustalenia, a po tygodniu rezygnuję. Miałem zarządzać już formalnie, w większym zakresie niż dotychczas, wdrażać nowe projekty i ustalać, rozliczać, a nawet zwalniać i zatrudniać. Lecz wycofuję się – długa rozmowa, spisane w punktach argumenty, narastające nerwy, drżenie głosu. Odsłaniam się za bardzo, wyjawiam swe ograniczenia i problemy; nie chcę poznawać, kontaktować się, stresować. Czwarty już raz taka kapitulacja, kiedy odpowiedzialność i wyzwania, kiedy nowe. Kolejna zaprzepaszczona szansa na coś więcej. Zostaję (tymczasowo?) z tym, co jest; zostaję tu ze swoimi frustracjami ostatecznie…

„(…) nie miała powodu wierzyć, że ucieczka położy kres udręce. Żadna ucieczka nie przekreśla możliwości zabrania ze sobą bagażu zmartwień i lęków”

[Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

22:45, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
niedziela, 06 kwietnia 2014
1377. Gorzkie gody...

  

Gołębie napuszają się, podążając za swymi wybrankami; łyski przeganiają konkurentów, zabawnie biegając po wodzie; samce krzyżówek kiwają główkami, prezentując wdzięki. Wszędzie dobieranie się w pary, zalecanie. Ja też miałem kiedyś swą Kaczuszkę, lecz gniazduje Ona teraz z innym, zbyt daleko. Pozostaje mi zazdrosne podglądanie…

  

„Raptem pojął, że nie ma mężczyzny bardziej niekompletnego niż ten, który był – ale już nie jest – kochany”

             [Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

  

sobota, 21 września 2013
1298. My Happy Ending...

  

Godziny i dnie na kanapie. Zaległe gazety, wyobrażone uściski i studiowanie sufitu. Laptop do drugiej w nocy, śniadania przed południem. Zimno przenika przez mury i mrozi krew w żyłach – ta nigdy nie była zbyt gorąca. Żadnego ruchu, poczucia sensu czegokolwiek, troski o coraz mroczniejszą przyszłość. Jedynie lato daje mi chęć życia – będę je sobie marnował kolejnych sześć miesięcy…

  

Do mieszkania nie docierał uliczny rejwach ani wycie karetek pogotowia czy dzwonki telefonów komórkowych. Wymarzone miejsce, by się skryć przed światem. Tu właśnie Juan wymościł sobie – wieczór za wieczorem, lęk za lękiem – kryjówkę i tu czekał na strzał, którym życie da mu znak do startu lub go dobije; było mu chyba wszystko jedno”

             [Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

  

sobota, 19 stycznia 2013
1213. „TV screen makes you feel small / No life at all”...

  

Buntował się, słabł i chorował od tygodni, choć kiedy było trzeba, wracał do życia, wskrzeszał swą podstawową funkcję. Czasem starczało parę mocniejszych klapsów, częściej – trzeba go było kilkadziesiąt razy włączać i wyłączać. Teraz już nie ma sił ozdrowieć – okno na świat zmieniło się w wielkie radio. Czernią ziejący, choć gadający ekran, co pustki towarzyszem był, oparciem i pociechą, a teraz sam potrzebuje rehabilitanta…

  

„Telewizja była jego nową kryjówką (…). Przyszły mu do głowy słowa pisarza Alfonsa Cervery, że rodzina co noc obumiera po trochu przed telewizorem. Była to błyskotliwa metafora oddająca wieczne milczenie i niestykające się ze sobą życie oraz śmierć członków jednej rodziny – i wszystkich rodzin: rozbitych, rozpadających się, zjednoczonych przed telewizorem przez pierwszy lepszy program, ale nieczułych i obojętnych na to, co dzieje się wokół, nawet na agonię. (…) Ale telewizja miała i tę zaletę, że odgradzała od otoczenia, była jak wyposażony w izolację akustyczną klosz z pancernego szkła, przez które nie przenikają niepożądane głosy i który pozwala ignorować twarze napęczniałe od pretensji i żądań, skarg i zarzutów. Dla Juana telewizja była sznurem służącym do rozwieszania na wietrze szmat życia, namokłych przez noc od łez, wilgotnych od przypływów i odpływów bólu – następujących w rytmie wspomnień oraz zgryzot, a nie za sprawą oddziaływania księżyca”

             [Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

  

piątek, 19 października 2012
1180. „Póki jeszcze serce masz”...

  

Próba wymuszonego dialogu na Kumpello:

– Weź mnie ogrzej.

– Niestety, jestem zimny jak lód.

– No to ja Cię rozgrzeję.

– Ale ja nie narzekam na swój chłód…

Dwa zdania i ucieczka; ciągłe wycofywanie się, rezygnowanie z szansy na minimum. Oszczędzam im rozczarowań, próżnych wysiłków, a sobie upokorzeń. „Nic” jest jedyną emocją, w której się umiem poruszać…

 

„Skrytość i beznamiętność były częścią jego sposobu bycia oraz narkozą dla jego uczuć”

             [Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

   

niedziela, 07 października 2012
1176. Schrei aus Stein...

  

Te wszystkie czułe słówka, zdrobnienia, śmieszne imiona, które chciałbym wyszeptać Ci do ucha – a których nie usłyszysz. Ogromna miłość, jakiej nie umiałem Ci okazać, niewykonane gesty. Bezradność w tak nowej dla mnie sytuacji – że jest dobrze. Uczyłem się odczuwać, cieszyć – a zrozumiałem, gdy już zmęczyłaś mym milczeniem. Teraz mogę sobie w próżnię wykrzykiwać

  

„Był sobie raz kawałek drewna…, tak się zaczyna bajka o Pinokiu. Na dobrą sprawę mógłby tak zacząć opowieść o sobie, pomyślał (…). Bo czymże jest, jeśli nie kawałkiem drewna niezdolnym powiedzieć Laurze, że jej potrzebuje?”

            [Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

  

środa, 14 marca 2012
1083. Mamma Mia!...

  

Kto by pomyślał po tych wszystkich historiach z ostatniego pięciolecia, że to właśnie z nią – z nią wyłącznie – będę co kilka dni rozmawiał. W swojej trosce o syna nieświadomie (?) ratuje mnie przed całkowitym zamknięciem się w sobie. Dzwoni, pytając „co tam?”, upewnia się, że przyjadę na święta (sugerując, żebym został u nich dłużej), czasem coś podpowiada, namawia (oboje z ojcem w wolnych chwilach przeglądają pod kątem mnie oferty pracy) – ja zdaję relację z pogody, podsyłam zdjęcia, kłamię, że jadam regularnie obiady i że jest „w porządku”. Nie chcę jej zamartwiać (w efekcie od lat zarzuca mi skrytość, niepozwalającą sobie pomóc), zwłaszcza, że (mimo przeczucia, jaki jestem) zdaje się jeszcze liczyć, iż ta warszawska przygoda stanowi jakąś szansę. Ale ja zacząłem ją sobie odbierać gdzieś przed dwudziestu laty i nigdy już z tej road to perdition nie zboczyłem…

     

„Wyprowadził się od matki, bo marzyła mu się odrobina wolności, ale natknął się na siebie – swojego największego wroga”

            [Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

  

sobota, 26 września 2009
679. Soledad...

   

                              „I znów zaczyna się

                              przeszłość”

                                                  [Tadeusz Różewicz].

  

Jest tak, jak pomiędzy siódmym a dwudziestym siódmym rokiem życia, gdy wychodziło się z domu jedynie do szkoły, liceum, na studia, a poza tym nic więcej, żadnych znajomych, spotkań, rozmów, żadnych wrażeń, doświadczeń, podróży, rozrywek i przygód. Choć teraz to i tak mały postęp, bo raz na kilka miesięcy przecież, przez godzinę, przez trzy czyjaś twarz, uśmiech czyjś, czyjeś słowa. I praca tymczasowa, nareszcie, jakaś, po rocznej przerwie równo. A poza tym każdy dzień taki sam jak poprzedni, w tym samym przeklętym miejscu, bez widoków na swoje marzenia. I jutro znowu to samo. I zawsze – samo… 

  

„Juan bał się samotności, nie potrafił z nią żyć. Nie chciał spędzić samotnie choćby jednej nocy. Był kaleką, wiedział o tym, nie mógł jednak nic na to poradzić. Doktor Vallejo, który zdiagnozował mu tę fobię i próbował bez-skutecznie go z niej wyleczyć, przekonywał, żeby się z nią pogodził – tak jak chromy musi się pogodzić z kuśtykaniem – by nie przywiązywał do niej wagi, w przeciwnym razie przemieni się w neurotyka. Istniały leki, które mogły ulżyć jego udręce, ale by go z niej nie uleczyły, co najwyżej wpędziłyby niepotrzebnie w uzależnienie. No więc Juan pogodził się i z tym – tak jak godził się na wszystko, bo wcześniej czy później zawsze poddawał się losowi – wiedząc, że nigdy nie zrozumie faktu, iż przeznaczeniem człowieka jest nauczyć się przebywać sam na sam ze sobą i czuć się dzięki temu wolnym. Jego życie było ciągiem ustępstw, chodzeniem w jarzmie; na dodatek płacił za to wygórowaną cenę, jaką jest nieumiejętność stawienia czoła samotności. Cóż jednak było robić?

           [Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

  

poniedziałek, 22 grudnia 2008
538. O przekonaniach graniczących z pewnością...

  

„I tak, kalecząc wieczność, mijały dni i lata. Juan dojrzał radosną myśl, że co noc się umiera, a co rano odradza, i że każdego dnia życie rozpoczyna się na nowo. Uczepił się jej z nadzieją, że i dla niego nadejdzie kiedyś chwila pojednania z samym sobą, a wtedy wykrzesze z siebie odwagę do życia. Jednak nie wziął pod uwagę, że czas niszczy serce z taką samą cierpliwością, z jaką woda liże skałę i przemienia wyniosłość góry w pokorę piasku. W dniu, w którym odkrył, że nie ma już serca, zrozumiał także, iż oduczył się czuć”

          [Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

    

czwartek, 20 listopada 2008
522. O pretensjach do losu i oszukiwaniu siebie - czyli: Że jedynie "w moim magicznym domu cicho jest i bezpiecznie"...

  

„Dni mijały powoli − niby powracający do domu żołnierze rozbitej armii − naznaczone jedynie datami z kalendarza oraz kapryśnymi myślami, które ogarniały Juana, ilekroć zatapiał spojrzenie w nicości, próbując za wszelką cenę zadomowić się w niej na dobre. Mieszkał w hotelu niespełnienia, na piętrze niepowodzeń, przekonany, że wszystkie trapiące go bolączki pochodzą z tamtej roztaczającej się za drzwiami strony świata, gotów uznać tę udrękę za prowokację graniczącą z nieposłuszeństwem”

          [Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

  

niedziela, 19 października 2008
506. O tym, jak "marznę bez Ciebie" - czyli: Że przyzwyczajam się do niezaspokojenia swoich pragnień...

  

„Jego noc była czarna, nieistniejąca − noc nieboszczyka. Pozwoliła odpocząć oczom i rozluźniła węzły zaciskające się na plecach. Ale nie pozwoliła skotłować pościeli ani dosłyszeć lotu nietoperzy. Ani zrozumieć, że człowiek rodzi się samotny i umiera samotny. I że życie jest ciężarem, który trzeba wlec wspólnie, rozdzielić na dwoje, by nie czuć, jak bezbrzeżna może być samotność

          [Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

  

czwartek, 25 września 2008
494. O swojej gotowości i domaganiu się - czyli: Na co nie zasłużyłem...

  

„Zastanowił się, ile lat potrzebują mężczyzna i kobieta, by się poznać, i doszedł do wniosku, że mogą przeżyć ze sobą całe życie i nigdy się nie poznać lub spojrzeć na siebie jeden jedyny raz i wyczytać w swym wzroku − słowa ze sobą nie zamieniwszy − rozpacz, wzruszenie, potrzebę. Aby poznać osobę, z którą dzieli się życie, nie potrzeba czasu, tylko uczucia: zainteresowania, oddania, dobrych chęci. Trzeba okazać sympatię i gotowość, i dzielić się uczuciami, wszystko jedno jakimi. Trzeba odgadywać, co wzrusza drugą osobę, i towarzyszyć jej w nieszczęściu, nawet jeśli nieszczęściem nazywa ona zwykłe przeciwności losu, a dopustem bożym − mało znaczące niepowodzenia, pozbawione jakichkolwiek następstw. Wcale nie trzeba czekać, aż upłyną lata, by poznać się wzajemnie poprzez nawyki: wystarczy wyczuć to coś, co sprawia, że usta drżą i wilgotnieją oczy − nawet jeśli nic nie zakłóca milczenia z brązu ani nie mąci powietrza zastygłego w światłocieniu pokoju ogołoconego ze śmiechu”.

          [Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

  

poniedziałek, 01 września 2008
481. Bonjour Tristesse (I)...

  

„Sebastian, poważny jak starej daty prokurator o spojrzeniu młodego wdowca. (…) Był zasadniczy jak stary madziarski majordomus, nie pozwalał sobie na żarty i nie lubił, gdy mu je robiono. I chyba nie miał przyjaciół. (…) Na pewno nie miał dziewczyny, bo to od razu widać. Sebastian spoglądał bowiem smętnie, jak ktoś, kto tęskni za miłością lub żyje oczekiwaniem. (…) Claudii nie dawały spokoju jego matowe, potulne oczy − oczy mężczyzny pokonanego. U dwudziestopięciolatka. (…) W wolnych chwilach czytywał książki lub gazety, najczęściej czasopisma literackie. (…) Na to właśnie szło gros jego pensji, niezbyt zresztą wysokiej (…). O tak, Sebastian był dobrym chłopcem. Gdyby nie te oczy wdowca…”

          [Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

  

Być może cała zagadka zamyka się właśnie w tym spojrzeniu − w wyrytym na mej twarzy dojmującym smutku, który wyziera nawet spoza przyciemnianych okularów, przebija się przez drżący ze zdenerwowania głos, uwidacznia w każdym, z góry naznaczonym rezygnacją geście. W smutku, stwarzającym przy tym pozory czegoś w rodzaju zaciętości, dumy albo gniewu, budującym zatem mury nie do przebicia, skrywającym myśli, odstraszającym bardziej niż skutecznie, skazującym na wieczną jednorazowość − mym jedynym i wiernym towarzyszu… 

   

                    „Dzień dobry smutku

                    Kochanku ciał powabnych

                    Dominanto miłości

                    Której urok urasta

                    Jak bezcielesny potwór

                    Głowo z nadziei wyzuta

                    Smutku o pięknej twarzy”

                                        [Paul Éluard, La vie immédiate].

  

Archiwum
Tagi