~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Reznikoff_Charles

niedziela, 18 marca 2012
1085. The Silent Touch...

  

„Jak dobrze, że jesteś. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby Cię nie być. Nie dałabym rady… Ratujesz mi życie, tak myślę. Poza Tobą nie ma nikogo, kto by umiał, chciał czy choćby próbował. A tak trudno mi samej, całkiem samej tu…”

Tak pisała przed równo szesnastoma miesiącami. A dziś to mnie tu trudno, pusto, samo… – ratują wspomnienia, lecz w pełni ocalić mogłyby tylko gesty…

  

                         „Oczywiście, że musimy umrzeć.

                         Jakże inaczej świat by się pozbył

                         starych numerów telefonicznych

                         których nie potrafimy zapomnieć?

  

                         Numerów

                         które niemądrze –

                         zupełnie bez sensu –

                         byłoby wykręcać”

                                         [Charles Reznikoff. Przeł. P. Sommer].

  

środa, 10 lutego 2010
742. The Happy Few...

  

W pracy rotacja dość spora, co kilka tygodni przychodzą nowi ludzie – rozwijamy się,  przetasowujemy, wdrażamy technologie i zdobywamy rynki. A ja zostaję, trwam i zagłębiam się – nareszcie podpisuję umowę. Wczoraj na konto wpływa ostatnie stażowe stypendium, dziś firmowa, całkiem przyzwoita premia za dotychczasowych pięć miesięcy – w sumie dwa i pół tysiąca złotych w przeciągu dwóch dni. Od następnego miesiąca będę wzbogacał się już tylko o połowę tej kwoty, ale w końcu nabiera wszystko jakichś form nareszcie, zaczyna się jakoś układać...

  

Rano w alejce znowu stukanie dzięcioła, w drodze powrotnej popiskiwanie sikorek. Moje absolutne uwielbienie dla ptaków, zwłaszcza tych maleńkich, głośnych, żwawych, z okrągłymi brzuszkami. Można patrzeć godzinami, takie to zabawne…

  

Myśl o nim i o niej, co pozwala przetrzymać ten czas wyciszenia, ukrycia się, długiego wyczekiwania. Nie słyszymy się już, nie widujemy – nie ma jak, nie ma kiedy i nie wolno. Ani razu nawet być nie mogło tak, jak trzeba. Pozostają jedynie wspomnienia, nieśmiałe nadzieje; gdzieś w pamięci jego twarz, jej dotyk, ich tak ciepłe głosy. Wszystko dzięki nim obojgu, wszystko dla nich...

Świadomość, że gdzieś – beze mnie nawet, a ja bez nich – są, że tyle mi było dane – to pomaga. Mimo wszelkich przeszkód, jakie stają temu na drodze... 

   

                    „Zabiorą nam

                    nasze ciasta i przysmaki,

                    radosne powitania, czas miłej rozmowy, uśmiechy,

                    i dadzą nam za to

                    wzrok naszych oczu i nasze ciche myśli;

                    zabiorą nasze jęki i westchnienia

                    i dadzą nam –

                    jedynie oddech”

                                        [Charles Reznikoff. Przeł. P. Sommer].

  

niedziela, 19 kwietnia 2009
596. Ziemia obietnic i nadziei - czyli Pean na cześć...

    

Kolejne obrazy wciąż przesuwają się przed oczami, w głowie mnóstwo wrażeń i emocji − ocalić trzeba z tego jak najwięcej, za żadną cenę nie zapomnieć. Bo jest o czym pamiętać, choć to zaledwie początek...

  

Podróż do Łodzi mija stosunkowo szybko. W pociągu starsze, ale nadzwyczaj żwawe małżeństwo: pan przez kilkadziesiąt minut bawi się cyfrowym aparatem, pani zaś na każdej stacji otwiera okno i wykonuje skomplikowane wymachy ramionami − jakaś gimnastyka poprawiająca krążenie albo inne tai-chi...

Wiedziałem co prawda, że pierwszy kadr z arcydzieła Wajdy był zdjęty na Śląsku, ale też nie mogłem się oprzeć, by wśród niskiej zabudowy polskiego Manchesteru nie wypatrywać ceglanych elementów wertykalnych − pamiątek po wielkiej przeszłości. Jakoś mało tego i dziwnie z tego powodu smutno...

  

                    „Wrośnięte w dachy, z dymem pośród chmur −

                    kominy fabryk − nasze cedry Libanu”

                                        [Charles Reznikoff. Przeł. P. Sommer].

  

Moc atrakcji przygotowała mi moja ulubiona para roku: jeszcze w piątek kino Charlie i najnowszy, mocno almodovarowski Woody Allen (pomyśleć tylko, jak ja go kiedyś uwielbiałem − jednakże od czasów Diane Keaton niewiele już potrafi nam nowego opowiedzieć; zero emocji w tym wszystkim i kolejna wydmuszka, niestety), potem piwo w Studio 102. W sobotę już cały dzień nasz − panorama miasta z Rudzkiej Góry, szaleńczy zjazd torem saneczkowym, mój absolutny zachwyt Manufakturą i pałacem Izraela Poznańskiego... Zarywamy noce, gadając do drugiej, śniadania jemy przed południem, a każdy przygotowany przez nich posiłek to prawdziwa uczta... I wreszcie ta ostatnia niedziela...

  

Pociąg do stolicy sunie gładko i cicho jak po wodzie − aż nie chce się wierzyć, że w Polsce jest to możliwe. Dwa rzędy dalej podróżujący z ojcem niewidomy, kilkunastoletni chłopiec żywo zagaduje siedzącą obok niego panią i zdaje się cieszyć wszystkim w świecie. Moje ogromne tą sceną wzruszenie − wzmocnione jeszcze rozpamiętywaniem absolutnie cudownych łódzkich dni i zbyt mocnym uczuciem do ludzi, których trzeba dziś było opuścić...

I to właśnie było ze wszystkiego najważniejsze: zobaczyć ich razem w ich zwyczajnej codzienności, wzajemnych uśmiechach, drobnych gestach; przekonać się, że to jest możliwe, nawet jeśli akurat nie zdarza się Tobie... Chciałbym tak, tak bardzo bym chciał...

   

Archiwum
Tagi