~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Littell_Jonathan

piątek, 19 listopada 2010
868. Le Sec et L’Humide...

 

Nijaki całkiem tydzień – ponury, wilgotny i nudny. Poranki, popołudnia z drobną mżawką – zupełnie niewidoczna, ledwie też wyczuwalna. Dziewczyny dwie idą przede mną rano do technikum, opowiadają sobie, powtarzają treść lektury („Potem trafia na wyspę takiego kolesia, który mu daje w worku wszystkie wiatry...”). Bogatki na gałęziach, żółte ich brzuszki, „cyt-cyt” zabawnie powtarzane… W pracy niemal zupełnie żadnych zajęć: zamówień tylko kilka, faktury na bieżąco – odmiana dziwna wobec nawału ostatnich miesięcy. Głowa się słania, oczy kleją, coś drapie w gardle, coś dusi. Zimno mi i gorąco, naprzemiennie… Gdy wracam, jest już ciemno: bezludność ulic, wiszące w mroku mgliste pomarańcze – latarni światła. Drgające w nich drobinki czegoś, krople wody – i zdawać by się nawet mogło: to samo życie w ciemności tak wiruje…

  

poniedziałek, 02 sierpnia 2010
819. (With no) inhibitions...

 

Ta dziewczyna nowa, szczupła, z Działu Handlowego, co tygodni kilka z nami już pracuje – długie nogi (ciągle patrzę), bardzo miła, do mnie się uśmiecha ładnie, zagaduje. Taka cicha myszka raczej, ale gdyby odpowiednio się zakręcić – może dałaby się uwieść. Gdybym umiał, gdyby mi się chciało…

  

Każdy marsz po ulicy ostatnio jest jak umyślne rzucenie wyzwania, nadepnięcie temu zasranemu miasteczku na gardło. Coraz mniej się kulę w sobie, coraz częściej – tak na przekór im wszystkim, dumnie, szyderczo – uśmiecham. Teatralnie stawiam stopę z jezdni na chodniku, zbyt swobodnie macham ręką, wciąż podbijam dłonią przydrożne zarośla. Czasem kusi aż, by się czymś zdradzić, tak do końca dać skompromitować, coś powiedzieć... Potem zaś, jak choćby dzisiaj, idzie z naprzeciwka taki jeden, w fioletowej bluzce, w kratkę spodenkach do kolan, tenisówkach białych, ostrzyżony perfekt, śliczny, seksi i w ogóle, na dodatek nastolatek chyba jeszcze i pewnie hetero – a Ty musisz wzrok odwrócić i udawać, że nie widzisz, że nie patrzysz, ani razu nawet za nim nie obejrzysz. Tak odwagę całą diabli biorą, gdy się dystans zmniejsza do dziesięciu-pięciu metrów…

  

„Niestety, należał do tych wstydliwych pederastów, którzy zadowalają się ślamazarną masturbacją i wbijaniem rozmarzonego wzroku w swego eromenos

             [Jonathan Littell, Łaskawe. Przeł. M. Kamińska-Maurugeon].

  

niedziela, 03 stycznia 2010
726. Sarabanda - czyli Oresteja...

   

                              Der Tod ist ein Meister aus Deutschland

                                                                      Paul Celan

  

Przez trzy dni czytam przewrotną, ponad tysiącstronicową powieść o „przedsiębiorstwie Holocaust” i, jak zwykle, widzę to wszystko filmowymi obrazami, z wymyślnym montażem i wolnymi najazdami kamery. W głowie wciąż Aria da capo z Wariacji goldbergowskich jako temat przewodni. Łuck, Babi Jar, kocioł Stalingradu, Auschwitz, agonia Berlina..

Zastanawiam się, czy to chore – chcieć coś takiego nakręcić (a przecież w kolejce byłby jeszcze Makbet i Wszystko płynie), obsadzić się w czarnym mundurze, pokazać to, co przekracza ludzką wrażliwość (a przynajmniej powinno, gdyby nie tyle innych filmów). Zilustrować piekło – czy odgrywając to, powtarzając, nie kpi się w jakimś sensie, nie szarga świętości? Kolejny ze scenariuszy nie do zrealizowania…

  

„Filozofowie polityczni zwykli mawiać, że w czasie wojny obywatel, w każdym razie obywatel płci męskiej, traci jedno ze swoich najbardziej elementarnych praw, czyli prawo do życia, a dzieje się tak od czasów rewolucji francuskiej, kiedy wprowadzono pobór powszechny (…). Ale rzadko zdarzało im się zauważać, że ten sam obywatel traci jednocześnie jeszcze inne prawo, równie elementarne, a jemu samemu nawet bardziej potrzebne do zachowania tego, co wiąże się z własną opinią o sobie jako o człowieku cywilizowanym: prawo do tego, by nie zabijać. Nikt was nie pyta o zdanie. Człowiek stojący nad zbiorową mogiłą zazwyczaj nie prosił, żeby tam stanąć, tak samo jak człowiek martwy lub konający nie prosił, aby znaleźć się na dnie owej mogiły. Powiecie mi teraz, że zabić żołnierza w walce to nie to samo, co zabić bezbronnego cywila; prawo wojenne zezwala na pierwsze, ale nie na drugie, podobnie zbiorowa moralność. Rzeczywiście, niezły abstrakcyjny argument, ale niestety, w żaden sposób nie przystaje do okoliczności omawianego tu konfliktu. Całkowicie arbitralne rozróżnienie – ustanowione po wojnie, pomiędzy »operacjami militarnymi« z jednej strony, które odpowiadają podobnym działaniom w każdym innym konflikcie zbrojnym, a z drugiej – »okrucieństwami«, dokonywanymi przez mniejszość złożoną z sadystów i zwyrodnialców – jest, i zamierzam tego dowieść, pokrzepiającą fantazją zwycięzców (…). Wszystko, co robiłem, robiłem z całkowitą znajomością rzeczy, przekonany, że należy to do moich obowiązków i że jest to konieczne, jakkolwiek nieprzyjemne i nieszczęśliwe by było. Na tym także polega wojna totalna: ktoś taki jak cywil przestaje istnieć i jedyna różnica pomiędzy zagazowanym lub zastrzelonym dzieckiem żydowskim a dzieckiem niemieckim, które zginęło od przypadkowej bomby, polega na użytych środkach; obie te śmierci są jednakowo niepotrzebne, żadna z nich nie skróciła wojny choćby o sekundę, ale w obu przypadkach człowiek lub ludzie, którzy te dzieci zabili, sądzili, że było to sprawiedliwe i konieczne, a skoro się pomylili, to kogo potępiać? (…) w przypadku ludobójstwa albo wojny totalnej w jej nowoczesnym kształcie egzekutor jest wyobcowany w stosunku do efektu swojego działania. To stwierdzenie odnosi się nawet do chwili, w której człowiek przystawia lufę do skroni innego człowieka i naciska spust. Bo przecież ofiarę doprowadzili do niego inni ludzie, o jej śmierci zadecydowali jeszcze jacyś inni, a ten, który strzela, wie, że jest tylko ostatnim ogniwem długiego łańcucha i że nie musi mieć w związku z tym wątpliwości większych niż członek plutonu egzekucyjnego, który w cywilu strzela do kogoś skazanego zgodnie z obowiązującym prawem. Strzelec wie, iż o tym, że strzela, zadecydował przypadek, podobnie jak o tym, że jego towarzysz stoi na warcie, a jeszcze inny prowadzi transporter. W dodatku potem będzie mógł zamienić się miejscami z wartownikiem czy kierowcą. Inny przykład (…), program eksterminacji ludzi głęboko upośledzonych umysłowo, zwany akcją Eutanazja lub T-4, wprowadzony na dwa lata przed Ostatecznym Rozwiązaniem. »Pacjenci«, selekcjonowani w ramach legalnego zarządzenia, byli przyjmowani w placówce przez zawodowe pielęgniarki, które rejestrowały ich i rozbierały, lekarze badali ich i odprowadzali do zamkniętej komory, potem jeden pracownik otwierał gaz, inni sprzątali po wszystkim, policjant wypisywał świadectwa zgonu. Każda z tych osób, przesłuchiwana po wojnie, dziwiła się: »Ja, winny?«. Pielęgniarka nikogo nie zabiła, ona tylko rozbierała i uspokajała chorych, rutyna w jej zawodzie. Lekarz też nie zabijał, po prostu stawiał diagnozę według kryteriów ustalonych przez inną instancję. Pracownik, który odkręcał kurek gazu, choć był najbliżej zbrodni zarówno w czasie, jak i w przestrzeni, pełnił funkcję techniczną pod kontrolą przełożonych i lekarzy. Robotnicy, którzy sprzątali komorę gazową, wykonywali konieczne, a w dodatku odrażające prace dezynfekcyjne. Policjant postępował zgodnie z procedurą, polegającą na stwierdzeniu zgonu i zapisaniu, że doszło do niego bez pogwałcenia obowiązującego prawa. Więc kto jest winny? Wszyscy czy nikt? Dlaczego wina robotnika pracującego przy kurku z gazem miałaby być większa od winy robotnika pracującego w kotłowni, w ogrodzie, przy samochodach? Podobnie rzecz się ma na wszystkich innych polach tego ogromnego przedsięwzięcia. Choćby taki zwrotnicowy na trasie kolei, czy jest winny śmierci Żydów, których pokierował do gazu? To funkcjonariusz publiczny, pracuje w tym zawodzie od dwudziestu lat, nastawia zwrotnice według planu, nie musi wiedzieć, kto jedzie pociągiem. To nie jego wina, że Żydzi są transportowani z punktu A, przez zwrotnicę, którą ustawia, do punktu B, gdzie są zabijani. A przecież zwrotnicowy odgrywa kluczową rolę w procesie eksterminacji: gdyby nie on, pociąg z Żydami nie dotarłby do punktu B. Podobnie funkcjonariusz, który ma obowiązek rekwirowania mieszkań na potrzeby poszkodowanych podczas bombardowań, drukarz, który przygotowuje nakazy deportacji, dostawca betonu albo drutu kolczastego dla SS, podoficer intendent dostarczający benzynę dla Teilkommando SP, i Bóg w niebie, który na to wszystko pozwala. (…) Podkreślam raz jeszcze: nie usiłuję wam wmówić, że nie jestem winny tego czy tamtego czynu. Jestem winny, wy nie jesteście, to świetnie. Ale przecież musicie umieć powiedzieć sobie, że na moim miejscu robilibyście to samo. Być może z mniejszą gorliwością, ale może też z mniejszą rozpaczą, niemniej, w ten czy inny sposób – robilibyście to samo. (…) Wybaczcie, ale marne macie szanse, żeby być wyjątkiem od tej zasady, nie większe niż ja. Jeżeli urodziliście się w kraju lub w epoce, w której nie tylko nikt nie zabija waszych żon i dzieci, lecz także nikt nie każe wam zabijać dzieci i żon innych ludzi, chwalcie Boga i idźcie w spokoju. Ale w głowach niech na zawsze pozostanie wam ta myśl: macie być może więcej szczęścia ode mnie, ale nie jesteście ode mnie lepsi. Bo niebezpiecznie robi się od chwili, w której arogancko pozwolicie sobie na to poczucie. Lubimy przeciwstawiać Państwo, totalitarne lub nie, zwyczajnemu człowiekowi, pluskwie albo trzcinie. Ale zapominamy przy tym, że Państwo tworzą ludzie, mniej lub bardziej zwyczajni, a każdy ma swoje życie, swoją historię i seria przypadków decyduje o tym, że któregoś dnia jedni znajdą się po dobrej stronie karabinu albo kartki papieru, a inni – po złej. Ta droga bardzo rzadko jest przedmiotem wyboru czy predyspozycji. Ofiary, w zdecydowanej większości, nie były torturowane lub zabijane za swą dobroć, tak jak kaci nie maltretowali ich dlatego, że sami byli źli.

(…) Wszystkie czyny popełniłem w imię pewnych racji – dobrych czy złych, tego nie wiem, ale zawsze były to racje ludzkie. Ci, którzy zabijają, są ludźmi, podobnie jak ci, którzy są zabijani to jest w tym wszystkim najgorsze. Nigdy nie będziecie mogli powiedzieć: nie zabiję, to niemożliwe; jedyne, co możecie powiedzieć, to: mam nadzieję nie zabijać. Ja też miałem taką nadzieję, chciałem wieść życie dobre i pożyteczne, być jednym z wielu, równy innym ludziom, ja też chciałem dołożyć cegiełkę do wspólnego dzieła. Ale te nadzieje zostały pogrzebane”

               [Jonathan Littell, Łaskawe. Przeł. M. Kamińska-Maurugeon].

  

Archiwum
Tagi