~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Woolf_Virginia

poniedziałek, 06 listopada 2017
1650. Pochwała nudy...

„[16 II 1930] (…) mój umysł pracuje w bezczynności. Nicnierobienie jest dla mnie być może najpłodniejszym zajęciem”

[Virginia Woolf, Chwile wolności. Dziennik 1915-1941. Przeł. M. Heydel].

22:53, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 05 września 2016
1587. „To-morrow, and to-morrow, and to-morrow”...

Przez tydzień sam, bo rodzice nad morzem, w Kołobrzegu; w upalny weekend, wolny czwartek działkowe opalanie – nareszcie relaks, słońce. Spokój. Po wszystkim już; te trzy dni oraz Gdańsk – jedyne me wakacje. A teraz dziewięć miesięcy pracy, senności popołudniem, czarnych myśli. Bez celu i bez sensu. Nie umiem pisać już. Codzienność mnie wykańcza…

„[25 V 1932] Boże, jakże ja cierpię! Cóż to za straszna rzecz ta moja skłonność do intensywnego odczuwania wszystkiego (…); myślę tylko o tym, jak mam znieść jeszcze rok czy dwadzieścia lat; ta bezsensowna bezcelowość egzystencji; to wieczne, kołowrotkowe poczucie, że idzie się dalej i dalej, i dalej, a celu nie ma”

[Virginia Woolf, Chwile wolności. Dziennik 1915-1941. Przeł. M. Heydel].

środa, 22 stycznia 2014
1348. Passing Me By...

  

„[20 II 1930] Nic nie mogło na długo odciągnąć jej od tej głównej troski – nie miałam życia, a tymczasem ono się kończy. (…) może lepiej nazwać to frustracją, nie-byciem; wrażeniem, że siedzi się gdzieś wysoko i widzi, jak wszystko przemija. (…) Takie tracenie czasu, prześlizgiwanie się, nieodciskanie na niczym swojego piętna – takie wieczne powstrzymywanie się, obmacywanie wszystkiego, dzielenie wszystkiego na maleńkie żarciki i facecje – to właśnie jest wyniszczające. Ale jeśli ma się niewiele pieniędzy, niewiele urody i żadnych szczególnych uzdolnień – co robić? Jak walczyć? Jak wskoczyć życiu na grzbiet, jak skręcić mu kark?”

    [Virginia Woolf, Chwile wolności. Dziennik 1915-1941. Przeł. M. Heydel].

  

środa, 02 maja 2012
1108. Les Beaux Jours...

  

Lato już w końcu kwietnia, słońce i żar – jak lubię. Dni intensywne, długie i cudowne – bliższe wędrówki i dalekie, odkrycia i zachwyty, dobre zdjęcia. Lazury nieba, smugi na nim, mięsista biel obłoków i gałęzie kwiatów. Poprawki dawnych ujęć na cmentarzach Woli, multimedialność Muzeum Chopina; Wilanów i Arkadia – odbicia drzew w ich stawach, wystawa Skontrum w Królikarni – leżaki przed pałacem. Piątkowy debiut w krótkich spodniach, cztery dni opalania na Moczydle od soboty (obok mnie gejowska para gra w badmintona, a gruba starucha zaczyna kazanie o „leczeniu”). Kolejni z cyklu „znani i mijani”: Michał Chaciński (Świętokrzyska), profesor Bralczyk (pod Rondem Dmowskiego), w H&M-ie Olga Bończyk. Pięć minut zakochania w chłopcu robiącym w Auchan zakupy razem z ojcem; każdorazowe pogaduszki z kioskarką pod mym domem… Dużo radości, zadowolenia z siebie, udaje się wcześniej wstawać: wykorzystuję najdrobniejszą chwilę – być może już niewiele pozostało do ostatniej

  

„[18 V 1930] Najważniejsza rzecz teraz to żyć energicznie i po mistrzowsku, wręcz desperacko. Bez sentymentów pozbywać się każdego kolejnego dnia. Nie guzdrać się zatem i nie mitrężyć czasu na rozmyślania nad tym czy owym. Tak powinnam postępować (…): z wiekiem życie powinno stawać się coraz żwawsze i ważniejsze”

    [Virginia Woolf, Chwile wolności. Dziennik 1915-1941. Przeł. M. Heydel].

  

wtorek, 21 czerwca 2011
958. „The Voyage Out” (Virginia Woolf, 1915)...

  

„– Jeśli nie będziesz tego wytrzymywać, zawsze możesz wrócić.

– Wiem – powiedział muzyk i natchnionym, posępnym, zachwyconym wzrokiem, w którym odzwierciedlało się jakieś straszne wewnętrzne światło, patrzył w sufit. – Ale nie wrócę, bo potrzebuję samotności.

To słowo – »samotność« – powiedział z takim pełnym entuzjazmu naciskiem, jakby wykrzykiwał: »szczęście« albo: »zbawienie«. Potem zamilkł. Wszyscy zamilkli, czuli przeznaczenie.

Odszedł jeszcze tego samego popołudnia” 

                      [Sándor Márai, Samotność. Przeł. I. Makarewicz].

  

sobota, 21 sierpnia 2010
831. A Moment’s Liberty...

 

Nowa fryzjerka głośno się zachwyca grubością i gęstością moich włosów – mówi, że powinienem być modelem. Ach, gdyby mi zrobił ktoś porządne zdjęcia i je rozesłał gdzieś – piętnaście lub dziesięć lat temu…

A potem chodzę w słońcu rozpalonymi ulicami – może ostatnia taka rozkosz tego roku. Nic nie kupuję, nawet zaplanowanej książki o architekturze i sztuce Wenecji. W Empiku strona po stronie przeglądam „Art Pride. Gay Art From Poland”, ale poza rysunkiem „Pedały” Karola Radziszewskiego i obrazem „For Such Thing As Love” Adama Adacha nic nie przykuwa na dłużej mej uwagi, nic się w zasadzie nie podoba; nadzwyczaj ciekawy i pouczający wydaje się natomiast wstęp Pawła Leszkowicza – chciałbym go kiedyś na spokojnie przestudiować. A jeszcze bardziej obejrzeć katalog z wystawy „Ars Homo Erotica” w warszawskim Narodowym, co jednak poza stolicą trudniejsze…

Na dachu Renomy wysypano małą plażę i ustawiono leżaki – naprawdę kusi mnie, by zdjąć koszulkę i się wyciągnąć na jakieś pół godziny, przed odjazdem. Ale rozbieram się dopiero – okrężną drogą, poprzez działki – wracając z pociągu. I nic, że wchodząc w zakręt, natykam się na mamę – skoro mam odważniejszy, bardziej swobodny teraz być, rodzicom zwłaszcza muszę się nauczyć stawiać czoła…

 

Czasami się wydaje to żałosne – ten comiesięczny wypad do Wrocławia, te same miejsca ciągle: fryzjer, cztery sklepiki z ubraniami, trzy księgarnie. Ale po chwili zaraz myśl, że to potrzebne bardzo, dużo daje, mocno cieszy. Że nie zamierzam, ba! – nie mogę z tego rezygnować…

  

Archiwum
Tagi