~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: śmierć

poniedziałek, 04 kwietnia 2016
1557. Ojcowie i dzieci...

Tata od kilku tygodni połamany. Jakieś potworne bóle, skurcze – kręgosłup, nogi – nie sposób się poruszać, nie można leżeć, siedzieć. Nie pomagają tabletki i zastrzyki. Co jakiś czas coś jakby przeszywający spazm, tłumione z trudem łkanie, westchnienia „Boże” – nie można nic poradzić. Dopiero dzisiaj ulga, nadzieja na poprawę. Ale nie sposób myśleć coraz częściej o tym, co będzie później, jak się przeciągnie to nie do wytrzymania, jak sobie radzić z tym samemu; o pustce ostatecznej, która przyjdzie po nich i że – dla wyzwolonego wreszcie – ich koniec nic dla mnie nie skończy…

„Nie wierzę w teorię, według której stajemy się naprawdę dorośli dopiero wtedy, gdy umierają nasi rodzice; nigdy nie stajemy się naprawdę dorośli”

[Michel Houellebecq, Platforma. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

wtorek, 03 listopada 2015
1524. I w proch się obrócisz...

 

A ciebie nie będzie miał kto pochować – mówi żartem (i z podskórną troską) mama, gdy wracamy z cmentarza. Mniejsza już nawet o ten pogrzeb – kto w ogóle znajdzie gnijącego trupa w zamkniętym mieszkaniu, złapie się na myśli, że dawno mnie nie widział, dostrzeże, że dawno już umarłem…

  

„[W nocy – po 12 VII 1973] Odtrącony kochanek życia. Mam już dosyć tych frustracji. (…) Tęsknię do nicości, tęsknię do śmierci. Nie jest wykluczone, że popełniłbym samobójstwo, gdybym miał rewolwer albo cyjankali. Ale popełnić samobójstwo, technicznie, jest bardzo trudno. (…)

Czemu się tak przejmuję światem, z którego tak czy owak jestem wykluczony? Niech przejmują się inni, którzy biorą udział, siedzą przy stole życia. Mnie od urodzenia odstawili, nie dopuścili (odstawiano, nie dopuszczano). (…) Chciałem być jak inni, starałem się, Bóg mi świadkiem, nie wyszło. Skończę więc ze sobą, ze sobą biorącym udział. Przestańmy starać się »być«, być w świecie.

Zniknijmy. (…) Niech będzie wszystko, ale niech nie będzie mnie. (…)

Idź za swoim powołaniem, chłopcze. Stworzony jesteś do nicości, nie broń się więc. Nicuj się, nicuj. (…)

Bo ja już nie mogę. Nie mogę i tyle.

Szukasz zaklęcia, kamienia magicznego, masz go, możesz – użyj. Tym zaklęciem jest nic. Nic, które jest tobą.

Jako ty – twoja sytuacja jest doprawdy żałosna. Ale jako nic…”

                          [Sławomir Mrożek, Dziennik. Tom II. 1970-1979].

  

niedziela, 05 lipca 2015
1492. Complete vacuum...

  

Jest to pustka niemalże doskonała. Nie mówi się, nie działa, nie spotyka. Nie myśli i nie czuje – się-nie-żyje. Koniec nadejdzie niezauważenie, bo też nie będzie zbyt odbiegał od tego, co obecnie…

  

„Prawdziwa samotność nie powstaje z nieobecności albo opuszczenia, ale z pogrążania się w próżni. Jak gdyby nic się nie odkładało, nie posiadało ciężaru ani treści, nie liczyło. Tak przynajmniej uważał Ismail, i w podobny sposób wyraził to wiele lat później w swoich wierszach: »Jeśli byłaś czymś więcej niż strachem, / ciemności czy pustki głębią, / jeżeli byłaś śmiercią...«”

                  [Susana Fortes, Albański kochanek. Przeł. W. Ignas-Madej].

  

piątek, 26 czerwca 2015
1490. One Shot...

  

„Nić mojego życia przypomina wątek absurdalnej książki, w której to, co powinno się dziać najpierw, przychodzi później. Ale ja tej książki nie skomponowałem, ona już była napisana; ja tylko  wypełniałem wszystko, strona po stronie, o niczym nie decydując. Marzy mi się, żeby zapisać przynajmniej ostatnią kartę, jednym strzałem, z własnej ręki, ale marzenia to marzenia, albo nawet jeszcze mniej”

                      [Fernando Vallejo, Matka Boska Płatnych Morderców.

                                         Przeł. M. Szafrańska-Brandt].

  

22:58, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
sobota, 25 kwietnia 2015
1473. Ein Meister der Diplomatie (1922-2015)...

  

Wczorajsze odejście Władysława Bartoszewskiego – nagła wiadomość, ledwie dziesiątki minut wcześniej poprzedzona informacją, że trafił do szpitala. A przecież nawet w dniach poprzednich dawał się widzieć, słyszeć – ta sama wciąż energia, żywioł niepowstrzymany, humor. Niebagatelna rzecz tak imponować słowem, pamięcią, czynem, budząc zarazem uśmiech i sympatię; pomnikiem być, ale nie skamieliną

Śmierć w biegu, piękna jak żywot cały – błogosławieństwo nieba, dzieła wielkiego zwieńczenie…

  

22:33, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
poniedziałek, 12 stycznia 2015
1451. Los Muertos...

  

Wczoraj niedziela. A zatem dzisiaj poniedziałek. Kolejne dni, tygodnie, lata. Wszystko tak samo. I tylko cyfry zmienne. Bo przecież marazm i brak sił. Bez-czas, bez-przyszłość i bez-życie…

Krauzemu winienem dać nekrolog (24 XII), Barańczakowi (26 XII), Konwickiemu (7 I). Nie dało się – zanadto angażuje mnie obserwowanie własnego przemijania

  

„[4 II 1966] Bo właściwie jak przyjemnie jest czekać. Czekać to znaczy nie realizować siebie. Tymczasem choć odrobina tego spełnionego jest więcej warta od całej wieczności czekania.

(…)

[9 IV 1968] Okresowe niedomaganie istnienia”

                          [Sławomir Mrożek, Dziennik. Tom I. 1962-1969].

  

czwartek, 21 sierpnia 2014
1419. One Way Ticket...

  

W poniedziałek rejestracja w Urzędzie Pracy, dzisiaj wyprawa do sąsiedniego Wołowa, by złożyć wstępne skierowanie na finansowany ze środków unijnych staż w Starostwie Powiatowym. Jest kilku kandydatów, wybiorą raczej kogoś z niższymi kwalifikacjami. Porządkowanie dokumentów, spinanie akt – to, czym zajmowałem się w Warszawie, w czym czuję się najlepiej. To nie jest robota dla mężczyzny – słyszę i brzmi to jak wyrok nad całym moim życiem…

Wcześniej musiałem dwie godziny czekać, bo kierowniczka w porze urzędowania wychodzi do lekarza. Włóczę się w kółko po mieście, by zabić czas – nie byłem tu co najmniej kilka (-naście?) lat, nigdy sam nie zwiedzałem. Zameczek, ratusz, gotycki św. Wawrzyniec i barokowy Karol Boromeusz, kilka kamienic z ładnymi detalami, wille sprzed wieku – śląska solidność i oswajający tę niemieckość polski rozpierdziel, przygnębiające zapuszczenie, chaos urbanistyczny, baum-szyldo-pasteloza (wrażenia jak z wakacyjnego cyklu „POLITYKI” – podróży Ziemowita Szczerka po Ziemiach Odzyskanych). Chodzę i myślę: nie wyrwę się już stąd, pieniędzy mam ledwie na bilet w jedną stronę do stolicy – za mało, by znowu tam zaczynać. Nie wiem, co robić, czuję się taki bezradny – nie umiem się sprzedawać, mogę jedynie wysyłać te zgłoszenia i czekać na telefon. A nikt nie dzwoni – czas płynie coraz szybciej, ja zaś się cofam i zapadam, nie mam już siły, chęci, nawet pisanie to teraz wielka trudność. Zniszczony kiedyś i marnujący sobie przyszłość – patrzę jedynie biernie na swoją ruinę, która się skończy tylko, gdy ze wszystkim skończę…

  

„[10 III 1969] (…) tyle lat, tyle lat i jakby nie mógł o sobie powiedzieć: żyłem. Tyle lat pod podłogą, tyle lat szarpania, nadziei, sarkazmu, upokorzeń, samoobrony, kto wie czy nieraz nie polegającej na samobójstwie (nie być, zniknąć, być jak najmniej – to jest sposób na życie, kiedy żyć nie można)”

                      [Sławomir Mrożek, Dziennik. Tom I. 1962-1969].

  

czwartek, 24 kwietnia 2014
1383. Tadeusz Różewicz (1921-2014)...

  

Po dniu pełnym przykrości (o czym osobno później), jeszcze ta smutna, zaskakująca – choć tak się jej przez lata bałem – wieść. Odszedł i nie doczekał (por. 153, 1009), zamilkł. Spośród publikowanych tutaj dotąd nekrologów ten dla mnie najbardziej boleściwy, zbyt dotkliwy. Nazwisko najbliższe mi, największe; słowa, co czytane nawet po raz setny, przeszywają…

 

                              „czytam jego przypowieści
                              proste jak kłos pszenicy
                              i myślę o bogu
                              który się nie śmiał
   

                              myślę o małym
                              bogu krwawiącym
                              w białych
                              chustach dzieciństwa
   

                              o cierniu który rozdziera
                              nasze oczy usta
                              teraz
                              i w godzinie śmierci”

                                             [Tadeusz Różewicz, Cierń].

  

wtorek, 15 kwietnia 2014
1380. Exit strategy...

  

Połowa kwietnia. Czyli: jeszcze kilkanaście dni zaledwie, żeby znaleźć. A potem by trzeba już wymówić – przyznać się do swej sytuacji, prosić, by czynsz za maj był odliczony z kaucji, bo nic nie mam. Przyjąć jeszcze rodziców w długi weekend, oddać im wszystkie książki. I zostaną mi tygodnie cztery, by się pożegnać i oswoić, spakować życie w trumnę…

  

                                        „(…) ubrać się trzeba

                    jak na święto i iść, iść w głąb nocy,

                    samotnie, w zagubieniu, bez lamp i bez miłości”

                                        [Oscar Miłosz. Przeł. Cz. Miłosz].

  

niedziela, 29 grudnia 2013
1340. Wojciech Kilar (1932-2013)...

  

Miał niebywały talent do melodii – szerokich fraz, tematów rzewnych i miłosnych, zapętlających się i tych nerwowych, szarpiących podrygiwań jak tykanie diabolicznego mechanizmu. Niekiedy smyczki w tle niesłyszanego dotąd dzieła wchodziły w tak specyficzną „góralskość”, że w ciemno można było zgadywać autora. Współtworzył polskie kino na równi z największymi reżyserami, operatorami, aktorami. Nie sposób wyobrazić sobie dziesiątek filmowych scen bez jego „podkładu”, co potrafił zdominować cały obraz. Ostatecznie zostaje w pamięci to, co najpiękniejsze: kadry i muzyka. Poniekąd był malarzem…

  

niedziela, 15 grudnia 2013
1334. El Orance - Peter O’Toole (1932-2013)...

  
Ależ to była twarz – łagodność i szaleństwo jednocześnie. Kradł innym spektakl nawet z drugiego planu, na pierwszym potrafił otrzeć się o geniusz (dwa razy Henryk II). Ale ze wszystkich jego świetnych ról i tak mogłaby zostać tylko jedna – takimi przypadkami światowe kino ilustruje swą historię. Od moich młodych lat zachwyt błękitem jego oczu na tle piasków; wielbłądy – żaglowce pustyni, zdobyty pociąg, straszliwe i upajające „Żadnych jeńców!”. Aktor przesłonił niegdyś odgrywaną postać, dziś Lawrence się rozpłynął w miraż na horyzoncie Arabii…

  

23:50, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 28 października 2013
1313. Pontifex Maximus (1927-2013)...

  

W moim rodzinnym Brzegu Dolnym (zdradzam w końcu na tych łamach nazwę kształtującego mnie trzydzieści lat piekiełka) uroczystość otwarcia – z udziałem prezydenta Bronisława Komorowskiego – wyczekiwanej od dziesięcioleci drogowej przeprawy przez Odrę, Mostu Wolności – 4 czerwca [1989 – jakby nie można było tego roku dodać do nazwy, już choćby w czysto edukacyjnym celu]. Ekranowe szaleństwo budowlane sprawia, że raczej nie zobaczy się zeń rzeki, ale przynajmniej kończy się historia promu i, docelowo, skróci droga na Wrocław. Co by o nim złego nie powiedzieć, przez ostatnie niemal ćwierć stulecia miasto (którego wieloletni burmistrz nieprzypadkowo pełni obecnie funkcję wojewody) dokonało ogromnego skoku – jest obrazem polskiej transformacji i modernizacji (zbudowane od podstaw liceum, hala sportowa, pływalnia, ośrodek zdrowia, odnowiony rynek, rozbudowane gimnazjum, sieć nowych dróg i boisk, remontowana właśnie stacja kolejowa, w planach zaś przystań, obwodnica i rewitalizacja parku), rozumnie wcielanej w życie idei samorządności. W tym sensie planowane na dziś nadanie honorowego obywatelstwa Tadeuszowi Mazowieckiemu rozumiało się jako coś oczywistego. Los sprawił przykrą niespodziankę, bo zawsze zaskakuje strata tak bolesna. Ów Pater Patriae III RP skupiał w sobie wielką prawość, wyrozumiałość, namysł, umiejętność dialogu, pokorę, solidarność. Wszystko, co na antypodach dzisiejszego stanu polityki. Łączył pięknie – bodaj już ostatni taki budowniczy mostów

  

23:58, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
niedziela, 27 października 2013
1312. Repos du septième jour...

  

„Abyś dzień święty święcił”… A że naród dość pobożny, na niedzielnych nekropoliach praca wre. Osaczony przez napierające falą tłumy, co sprzątają, grabią, wyrzucają, nie czuję się dobrze w miejscach, co zawsze mym azylem. Za najbardziej tam właściwe, najpiękniejsze, uważałem zawsze pewne zapuszczenie, roślinność wdzierającą się na groby, chylące się pomniki, stosy liści. Porządek na cmentarzu jest formą negowania kolejności rzeczy (stąd najbardziej klimatycznie na żydowskim – ci, co mogliby pamiętać, zamienili się wśród dymu pieców w Wielką Liczbę). A ta polega na triumfie natury – zachowując bierność, obserwuję, jak życie rozkwita na śmierci…

  

23:57, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 03 października 2013
1304. Et in Arcadia ego (II)...

  

Pierwsza (nie licząc „służbowych” wypraw do Starej Wsi) wycieczka poza Warszawę – atrakcji licznych Mazowsza (chociaż to województwo łódzkie) odkrywanie. Wysiadka z pociągu w Mysłakowie, kilka minut piechotą poprzez wieś, ciągnącą się wzdłuż jednej drogi, do Arkadii. Park sentymentalno-romantyczny Heleny z Przezdzieckich, żony Michała Hieronima księcia Radziwiłła. Świątynia Diany z plafonem Norblina, Domek Gotycki, Przybytek Arcykapłana, Dom Murgrabiego i Łuk Grecki, Cyrk, Akwedukt. Po szeregu innych pawilonów i konstrukcji brak już śladów. W przeciągu sześciu godzin mego pobytu kilkanaście par w ślubnych kreacjach z fotografem. A jednak wrażenie wyludnienia, gdzieniegdzie zaniedbania – ruiny pomyślane sztucznie są ledwie bladym szczątkiem dawnego założenia. Raj w cieniu śmierci, chłód, uwiąd jesieni – posłowie do Guercina i Poussina…

  

                    „Gwałtowne jest milczenie spustoszonego ogrodu”

                                   [Georg Trakl, Helian. Przeł. W. Trzeciakowski].

 

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

czwartek, 15 sierpnia 2013
1284. Sławomir Mrożek (1930-2013)...

  

„[24 X 1969] Żeby pisać, trzeba się czuć społecznie, mówię przede wszystkim o tym, że trzeba siebie odczuwać społecznie. To znaczy uznawać siebie, swoją zawartość, substancję, jako wartości, jako zawartość i substancję właśnie. A może niewłaściwie określiłem, może właśnie czuję się bardzo społecznie, czuję siebie jako antykwariat przypadkowy i wymienny, i dlatego nie widzę sensu w pisaniu. W każdym razie trzeba się czuć jakoś. Ja czuję się coraz bardziej nijako.

Czuję się coraz lżejszy, coraz bardziej rzednący. Jak tu pisać? Nie ma we mnie niczego, co by mnie naprawdę wypełniało”

                       [Sławomir Mrożek, Dziennik. T. I. 1962-1969].

  

środa, 24 lipca 2013
1275. Bliska nieznajoma...

  

Gdy pukają wieczorem i proszą o składkę na rzecz, nie wiem jeszcze, o kogo może chodzić, co się stało. Kilka dni później przypadkiem natrafiam w gazecie na notatkę. Przypomina się to, co już zostało zapomniane i przeprowadzam małe dochodzenie – 37 lat i dwójka małych dzieci, twarz głośnego protestu przeciwko likwidacji zajezdni autobusów, i facebookowy profil, gdzie czasem poglądy, z którymi nie było mi po drodze. Wpatruję się w portrety – nie, raczej jej nigdy nie widziałem. A ponoć mieszkaliśmy w tym samym domu (ona musiała niżej, który numer był jej? – się nie dowiem). Jaka być mogła? Uczynna, sympatyczna – mówi się zawsze o nich to, co nic nie mówi. Uratowała swą nastoletnią pasierbicę podczas wakacji spędzanych nad morzem. A sama utonęła…

W mieszkaniu miałem tylko banknot 10 zł – tak zrzucam się na wieniec. Na mszę pogrzebową w mojej parafii, w południe, dziś, nie idę. Nie znałem, po co miałbym, nie chodzę do kościoła. Nazywała się Ewa Hauer-Brylewska – dla mnie jednakże już zawsze pozostanie anonimem…

  

czwartek, 11 lipca 2013
1271. The Final Cut...

  

Koniec projektu w KRS-ie (jeszcze w finalny dzień znoszą kolejne teczki, z którymi – sam już tylko będąc – w ostatniej chwili nadążam się uporać), koniec też czegoś więcej, zamierzonego dalej. Rankiem rozmowa w centrali pod Warszawą (do nowych doświadczeń wpisuję wsiadanie do pociągu na Wschodnim z powodu remontu Mostu Średnicowego, a w drodze powrotnej jazdę z Otwocka SKM-ką; na latarni przy Powiślu dostrzegam piękny okaz samczyka pustułki) – wracają do niesłusznych pretensji o rzekome opóźnienie pracy, upierają przy swoich błędnych wyliczeniach, fałszywych terminach. Próbują zrobić wrażenie informacją, że firma dopłaca do tego interesu od 9 czerwca. Ale tym razem nie przyjmuję już oskarżeń i ripostuję szeregiem argumentów, które też trudno im zbić. Mam swoje źródła informacji, jako jedyny byłem tam od początku do końca i wiem, jak się naprawdę przedstawiała sytuacja: skala, charakter robót. Nie zamierzam się więc tłumaczyć za błędy i oderwane od rzeczywistości wyobrażenia kierownictwa. Ani – wobec tak rozbieżnego stanowiska – kontynuować tej współpracy, na którą ciągle liczą (!). Spisujemy odręczną notatkę o rozwiązaniu umowy za porozumieniem stron…

...a po kilkunastu minutach, jak już dotarło do nich, co się stało (ewidentnie wziąłem tę firemkę byłych wojskowych i specsłużb z zaskoczenia), zapraszają do archiwizacji w kolejnej instytucji na trzy miesiące i zgadzają na mój warunek podwyżki o 200 zł do 1600 na rękę. Plus zwrot za wszystkie ewentualne dojazdy pod Warszawę. A zatem do tego stopnia współ-spieprzyłem projekt, że jestem niezbędny przy następnym (a przedstawione przeze mnie informacje każą się zastanowić nad postępowaniem firmy w kolejnych przetargach). Tyle że trzy razy większy metraż do przerobienia w tak samo długim czasie wydaje się kolejną miną, na której mogę się wyłożyć. No i od dawna nie mam już do tych ludzi zaufania (zacząłem nawet podejrzewać, że założono nam podsłuch); zbyt dużo amatorszczyzny, braku komunikacji i krętactwa, zbyt wiele z mojej strony sił i nerwów…

Odpowiedzią na tę propozycję ma być moje stawienie się w firmie w poniedziałkowy ranek. Lecz raczej się w ten dzień na żadne podwarszawskie wycieczki nie wybieram…

  

Kolejny raz stawiam na ostrzu noża swoje życie, przyjmując niepewny los, stan zawieszenia, możliwe bankructwo marzeń, które udało się z przenosinami tu osiągnąć. Towarzyszące mi od jeszcze szkolnych czasów tendencje samobójcze przynajmniej na polu zawodowym zyskują dzięki temu bardziej praktyczny wymiar…

   

„Po powrocie do Berlina przyszedł do mnie, bardzo się zmienił, usiadł cicho, położywszy ręce na kolana, i opowiadał; bez końca powtarzał, że zmuszony jest zrezygnować z posady, błagał, żeby go puścić, mówił, że dłużej nie może, że nie ma już sił być człowiekiem. Ma się rozumieć, puściłem go”

            [Vladimir Nabokov, Obłok, jezioro, zamek. Przeł. L. Engelking].

   

piątek, 19 kwietnia 2013
1246. Duma (1943) i wstyd (2013)...

  

70. rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim. Spośród wszystkich polskich zrywów (Czy to w ogóle można nazwać powstaniem? Chodziło przecież o to, żeby się nie dać zarżnąć, kiedy po nas z kolei przyszli. Chodziło tylko o wybór sposobu umierania) ten czysto straceńczy (Być może tam wcale nie było dramatu. Dramat jest wtedy, kiedy możesz podjąć jakąś decyzję, kiedy coś zależy od ciebie, a tam wszystko było przesądzone) paradoksalnie też najbardziej był sensowny (O to w życiu chodzi, o zwykłe męskie decyzje). Raz jeden w naszych dziejach (Porządek historyczny okazuje się tylko porządkiem umierania) idea nie była wyłącznie romantyczną mrzonką (Nie poświęca się życia dla symboli), ale zyskała wymiar pragmatyczny (Dokonanie wyboru między życiem a śmiercią jest ostatnią szansą zachowania godności – Hanna Krall „Zdążyć przed Panem Bogiem”)…

 

                  

  

      

  

                         „Prosimy Cię, Boże, o walkę krwawą,

                         Błagamy o gwałtowną śmierć.

                         Niech nasze oczy przed skonaniem

                         Nie widzą jak się wloką szyny”

                                        [Władysław Szlengel, Kontratak].

  

                  

  

      

  

Ohyda antysemickich wpisów pod każdą, zahaczającą choćby o „żydowskość” notatką w Internecie. Lubowanie się w „demaskowaniu pochodzenia”, w myśleniu kategoriami „rasowymi”. Współczesne „odtwarzanie muru”, napiętnowywanie, publiczne wyszydzanie. Bohaterowie usunięci w cień, nie „nasi”, jak cały tamten świat (nie mogła i nie chciała go pamiętać, tak jak niemal wszyscy inni ludzie w tym mieście, zajęci swoimi sprawami, życiem potocznym, nieświadomi, że zostali okaleczeni, bo bez Żydów nie są już tymi Polakami, jakimi byli niegdyś i powinni pozostać na zawsze – Andrzej Szczypiorski „Początek”)…

Wspólna była historia, Warszawa i sąsiedzi – zostały jedynie hordy bezczelnych anonimowością szmalcowników…

     

„(…) karuzela na placu Krasińskich kręciła się nadal, koniki galopowały, powoziki podskakiwały, sanie sunęły, gondole pluskały, chorągiewki furkotały, panny piszczały, młodzieńcy pokrzykiwali, katarynka skrzypiała, mechanizm karuzeli dudnił, wystrzały z broni maszynowej rozlegały się coraz donośniej, wybuchały pociski armatnie, huczały płomienie i tylko żydowskich jęków nie było słychać spoza muru, bo Żydzi umierali w milczeniu, odpowiadali granatami i bronią ręczną, ale usta ich milczały, już bowiem byli umarli, bardziej niż kiedykolwiek przedtem, bo mężnie wybierali śmierć, zanim jeszcze nadeszła, wychodzili jej naprzeciw, w ich dumnych oczach była cała wzniosłość dziejów ludzkich, odbijały się w nich pożary getta, przerażone pyski esesmanów, ogłupiałe pyski polskiej gawiedzi, zgromadzonej wokół karuzeli (…), odbijały się więc w ich oczach wszystkie dalekie i bliskie losy świata, całe zło świata i okruch jego dobra, a także twarz Stwórcy, zasępiona i gniewna, smutna i cokolwiek upokorzona, bo Stwórca odwracał oczy ku innym galaktykom, aby nie patrzeć na to, co zgotował nie tylko umiłowanemu ludowi, ale wszystkim ludziom ziemi, zhańbionym, współwinnym, podłym, bezradnym, zawstydzonym, a pośród wszystkich ludzi ziemi także temu człowiekowi, który stojąc na przystanku tramwajowym (…), powiedział pogodnie:

– Żydki się smażą, aż skwierczy!

Z nieba, osnutego dymami, żaden grom jednak nie uderzył i nie poraził tego człowieka” [Ibidem].

  

      

  

czwartek, 24 stycznia 2013
1215. Gwiazdy milczące...

  

Dwie kobiece twarze zgasłe w dniach ostatnich; podobne i tak różne te odejścia. Jedna wydobyta z mroku anonimowości przed paroma laty, prywatność, co stała się publiczna; druga, już dekady temu w blasku sławy, wycofuje się stopniowo, w cień usuwa, popada w zapomnienie. Pierwszą poznajemy, gdy wiekowa, przeorana zmarszczką czasu i historii, obowiązkiem, rolą. Druga już na zawsze młoda, zjawiskowo piękna, biel wśród czerni, taśmą wygładzone lico. Matka ważnych Braci. Żona wybitnego Męża. Obca – bliska. Diabły – i Anioły. Samolot i „Pociąg”. Histerycznie rozgłośniony pogrzeb. Śmierć niezauważona, cicha. Spotykają się gdzieś teraz, przechodząc w inny wymiar, podają udręczone ręce, do siebie uśmiechają…

    

Jadwiga Kaczyńska (1926-2013)

Lucyna Winnicka (1928-2013)

  

sobota, 15 grudnia 2012
1201. Co było, jest, jak będzie...

  

„(…) napotykał kłopoty z określeniem swych seksualnych wyborów. Kusił go homoseksualizm (…), ale także coś w rodzaju dwupłciowości, androginizm. Starał się raczej wyrzekać wszelkich stosunków seksualnych, ponieważ napełniały go zgrozą i przerażeniem (…).

(…) nie mógł ścierpieć ograniczeń stawianych ciału przez cielesność, a jego najgłębsze marzenie polegało na potrzebie dematerializacji całkowitej.

Marzył o przezwyciężeniu fizycznych praw materii, a ponieważ nie mógł tego osiągnąć – reagował przeciwko własnemu ciału agresją.

(…) był ofiarą żądzy roztopienia życia w wymyślonym programie literackim. Zamiast rzeczywistego żywota, (…) wolał życie snu i marzenia. Nie odróżniał myśli od bytu, fantazmatu od działania. Nie mógł się przyzwyczaić do żadnego miejsca i nie potrafił prowadzić choćby odrobinę unormowanej egzystencji.

(…) Rzeczywiście dążył do samounicestwienia, chociaż nigdy nie próbował targnąć się na życie wprost, wiedząc doskonale, że prowadzony przez niego tryb życia zabija powoli, ale skutecznie. Niezdolny do regularnej pracy, zbyt ubogi, by odżywiać się należycie i ogrzewać ścieśnioną kwaterę – (…) ciężko zachorował. Na miesiąc przed śmiercią napisał list (…), w którym obwieścił, że nie tylko zdaje sobie doskonale sprawę z nadchodzącego zgonu, ale sprawi mu on wielką satysfakcję. Skonał w wyrku cuchnącym kwaśnym winem, uryną i niespełnionymi możliwościami”

   [Krzysztof Rutkowski, Paryskie pasaże. Opowieść o tajemnych przejściach].

  

 
1 , 2
Archiwum
Tagi