~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Brodski_Josif

czwartek, 22 września 2011
1001. Uratować choć resztki nas...

 

Na kupionej ostatnio koszulce mam napisane po angielsku „Nie jestem facetem, któremu możesz zaufać” (pasek od torby uporczywie przesłania na piersi środkową literę w słowie „guy”, sugerując zupełnie coś innego – zastanawiam się ostatnio, ze swoją mizerną znajomością języka, czy mijający mnie z naprzeciwka nie odczytują tego czasem jako „Nie jestem gejem, wierz mi”). Mam ochotę włożyć ją na jutrzejsze spotkanie z Anią, tak żeby i zewnętrznie dać wyraz swojej skrusze. Już bardziej taki talizman nie zaszkodzi niż ja to zrobiłem trzy miesiące temu…

Starałem się pocieszać, wspierać, kiedy samotnie było, źle i trudno – a zawaliłem, gdy się zjawiło dobro wraz z kimś trzecim. To jeszcze gorzej – kolejny raz musiałem być zazdrosny, że przyjaciołom kochanym przeze mnie przynoszą większą radość inni ludzie. I nie umiałem cieszyć się wraz z nimi, zapomnieć o swoich pragnieniach (móc równie często jak tamten, równie blisko…) i nie płakać…

  

                      „Tylko nieszczęście budzi we mnie zrozumienie”

                               [Josif Brodski. Przeł. S. Barańczak].

 

Zbyt wiele w moich miłościach jest czułości, zachłanności – nie muszę na wyłączność, ale nie mogę mniej niż inni. Egoizm zrodzony z samotności, rozpaczliwe wieszanie się na szyi każdego, kto wyciągnie wreszcie rękę…

  

sobota, 06 marca 2010
753. Out of season...

  

Rzeczywistość tradycyjnie, z miejsca kłam zadaje wszystkim napisanym słowom (tak literatura nie może nadążyć za życiem, tak poezja ustępuje prozie). Bo też wczoraj zimy śpiew łabędzi, jej kontrofensywa, ostatnie podrygi – promienne momenty i wielkie śnieżyce, gra początków marca z końcówkami grudnia. I tak nieustannie, ciągle, w nieskończoność – przy spojrzeniu w okno szok co dziesięć minut. Było sucho już, czysto, inaczej; teraz znowu biało, mokro, wietrznie, ślisko. Tamto jakby snem wydaje się jedynie; marzeniem, ułudą – teraz przebudzenie…

Żeby można było już na skórze słońce czuć i białe trampki nosić, obnażać ramiona...

Pogodowe fluktuacje, co wzrok przyciągają – żadnych innych zmian całymi miesiącami…

   

                    „Przychodzi taki wiek, gdy pora roku

                    zbiega się z losem”

                                        [Josif Brodski. Przeł. S. Barańczak].

  

19:06, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 15 stycznia 2010
731. ..."et super nivem dealbabor"...

   

                    „Pada śnieg, resztę świata pomniejszając doszczętnie”

                                                  [Josif Brodski. Przeł. S. Barańczak].

 

Tak samo niby, a wszystko jednak inaczej… Widoki ze wzniesień jak na zimowych pejzażach Bruegela, cisza wokoło i spokój. I ptaki: dzięciołek w alejce przed zakładem, skrzeczące sroki na osiedlu, rozkosznie figlarne bogatki. Choinki zdają się oblane lukrem, a żywopłoty, murki, parapety pod puchową pierzyną są niczym wielkie gofry z obfitą bitą śmietaną – niebo jej nam ostatnio nie żałuje (Bóg jako Niebieski Cukiernik). Pługi spychają wszystko na chodniki, na nowo wytyczać więc trzeba znajome przecież i utarte ścieżki. Brnie się przez wydeptane rynny o zmrożonych, kruchych ścianach, zapada w zwałach zwiezionego piasku, dziesiątki razy wykręca sobie kostki. Zupełnie jak spacer po plaży, gdyby nie warstwy ubrań, brak słońca i nagich ciał wokoło…

Monotonię białości psują tylko okupione przez pieski pobocza, żółte na śniegu plamy – pamiątki po podnoszeniu nóżki. Teraz dopiero widać, ile tego, teraz nie daje się ukryć – atrakcje takowe co pięć metrów. Zalegają sobie, przymarzają, aż wybuchną na wiosnę feerią skumulowanych zapachów… Mieszkam na upstrzonym gównami zadupiu – gdzie indziej może nie jest czyściej, ale przynajmniej wzrok i myśli przyciągają tam ciekawsze co nieco detale. Wyjadę stąd kiedyś i już nic mnie nie zbruka…

  

niedziela, 10 stycznia 2010
729. "Na całej połaci śnieg"...

  

Sypie nieustannie bodaj trzecią dobę. Drobny raczej, delikatny, ale gęsty i nieubłagany; w piątek miniaturowymi kryształkami lądował wraz z kroplami deszczu na zmrożonej już puchowej pokrywie – pewnie stąd to szumienie, to zdziwienie. Na parapetach coraz wyższa warstwa dosięgać zaczyna szyb, samochody pod domami w coraz większych zaspach. Kot z bloku naprzeciwko, całymi dniami oglądający świat przez okno, wodzi głową za wirującymi w powietrzu płatkami. Środkiem ulicy pustego i białego miasteczka mężczyzna jedzie żwawo na koniu – może rolnik okoliczny jakiś, na zakupy; ciekawe, gdzie zaparkuje… Bardzo to wszystko nastrojowe, dopóki nie trzeba wychodzić…

  

Śpi się nareszcie lepiej. Intensywne ćwiczenia pod wieczór, rozluźnienie mięśni pod gorącą wodą, romantyczne „dobranoc” do nikogo tuż obok i nadzwyczaj erotyczne poranki, gdy ułuda bliskości nie pozwala się wyrwać z marzeń o ukochanym chłopcu, wstać świtem, iść i pracować... Przynajmniej życie nocne mi kwitnie…

   

                    „Gdy zimno, sny są dłuższe, obfitsze w detale.

                    Ruch koniem poprzez szachownicę kołdry

                    staje się żabim skokiem na chłodnym parkiecie.

                    I tym goręcej śni o ideale

                    ciało, wtulone w pościel nagim biodrem,

                    im srożej nad dachami szaleją zamiecie”

                                                  [Josif Brodski. Przeł. S. Barańczak].

  

wtorek, 08 lipca 2008
455. Outside

  

Poza myślą, czuciem, czasem, poza jakąkolwiek emocją… Już nuda byłaby niejakim urozmaiceniem, wymagającym zaangażowania umysłu i ciała, doznaniem bólu czy gniewu. Najwidoczniej to i tak za wiele…

Nie jestem (nie umiem być) nawet sam ze sobą, sam wobec siebie – jak gdyby tu, w środku, zupełnie nikogo nie było. Gdy zostaję w domu sam, to znaczy, że mieszkanie jest puste… 

   

                    „Siedzę w ciemności. I nie gorsza pewno

                    ciemność w pokoju, niż ciemność na zewnątrz”

                                                  [Iosif Brodski. Przeł. S. Barańczak].

   

niedziela, 25 maja 2008
433. Indifferens

  

Im uważniej się sobie przyglądam, pilniej samego siebie studiuję, bliżej poznaję, bardziej sprawdzam – tym silniejsze jest moje przekonanie, że się jednak nie uda… Nigdy…

I nie to jest najgorsze, że tak właśnie być musi, lecz że się z tym godzę, że pragnę jedynie własnoręcznego przyspieszenia nieuchronnego finału, że nie umiem już i nie mam o czym pisać… 

   

                    „Rozpacz? Być może, ale bez znaczenia. 

                    Ta pieśń to skutek zdziczenia. Zmęczenia. 

                    To – ściślej mówiąc – pierwszy krzyk milczenia,

                    którego królestwo nieme

                    jest sumą dźwięków, jakie powstawały

                    w krtani wilgotnej niegdyś, postarzałej

                    dziś i jak martwa natura stężałej. 

                    To nawet lepiej. Tak mniemam”

                                        [Iosif Brodski. Przeł. S. Barańczak].

  

Znów nieumyślnie (prowokowałbym aż do tego stopnia los?) pozostawiłem na wierzchu dowody rzeczowe. Tym razem nie ma awantur, krzyków ani płaczu – jest tylko milczenie obopólnie zawiedzionego zaufania. Kilometry obcości między najbliższymi sobie matką i synem…

To nie jest powód do tego, co napisane wyżej. Powodem jest moja wobec tego (czytaj: wszystkiego) obojętność…

  

wtorek, 13 maja 2008
426. Minus

   

                    „Wszystko, co mogłem utracić – traciłem

                    do czysta”

  

Krzywdzę się nieustannie – swoim zamykaniem na innych, siebie samego nierozumieniem. Lękiem, którego się nie wyzbywam, płaczem, który każe mi gryźć własną rękę…

   

                    „Smutno. Lecz łkać nie należy”

  

Od ubiegłego lata dane mi było odkryć istnienie kilku młodych mężczyzn, z jakimi nigdy wcześniej nie miałem okazji się zetknąć; nad listami od których wylałem wiele łez i którym za ich szczerość dziękuję; którzy mogliby stać się dla mnie tak upragnionymi przyjaciółmi, od dawna wyśnionymi, rozumiejącymi wszystko w lot, bez tłumaczeń, bez niedowierzania, do życia mi niezbędnymi. I byliby takimi – gdyby nie ja... Każdy z nich wyciągnął do mnie pomocną dłoń. Pierwszej chwyciłem się zbyt mocno, drugą puściłem, trzeciej już nawet nie próbuję chwytać. Wciąż boję się ludzkiej dobroci…

To tamta historia złamała mnie ostatecznie – na niej wyczerpała się cała moja gotowość do otwarcia...  

   

                    „(…) horyzont życia widzę – jak ogromny

                    minus na wszystkim, com przeżył”

                                        [Iosif Brodski. Przeł. S. Barańczak].

  

Raz, dwa, trzy... Koniec.

  

środa, 12 września 2007
283. I jeszcze...

   

               „Wszystko, com pisał w te dni, nieodmiennie

               musiało kończyć się na wielokropku.

               Nie rozpinając ni guzika, sennie

               padałem w pościel. I jeżeli w mroku

               odnajdywałem gwiazdę na suficie,

               gwiazda umiała, w myśl reguł ciążenia,

               zbiec po policzku na poduszkę szybciej,

               nim pomyślałem początek życzenia”. 

                          [Josif Brodski, W krainie jezior. Przeł. S. Barańczak]

  

środa, 06 czerwca 2007
234. Postój w pustyni

  

Po ciężkiej – a wciąż niedającej dostatecznych efektów – pracy jestem dziś bardzo zmęczony. Kupiłem sobie tom wierszy Josifa Brodskiego i robię sobie przerwę. Zresztą – całe moje życie to przerwa.

  

                    Cichotworzenie moje, moje nieme 

                    stworzenie pociągowe, ciągłe – w jaką stronę, 

                    powiedz, mamy się zwrócić ze swoim istnieniem, 

                    komu poskarżyć się na jarzmo i postronek? 

                    To tak jakby, dostrzegłszy w nocy za portierą 

                    księżyc, przy świetle zapałki, w pośpiechu 

                    własnoręcznie strzepywać na kartkę papieru 

                    obłąkany pył jego żółtego uśmiechu. 

                    Tę pisaninę, gęstszą od miodu, lecz ciekłą, 

                    jak chcesz rozmazuj, ale z kim w potrzebie 

                    przełamać w łokciu i w kolanie cienką 

                    odciętą kromkę, moje cichotworzenie?

                                        [Josif Brodski. Przeł. S. Barańczak].

  

Archiwum
Tagi