~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: rodzina

wtorek, 19 lutego 2019
1718. Nocturnal Animals...

Od miesięcy, lat kilku łzawienie nieustanne – na wietrze, zimnie, słońcu, coraz bardziej. Od tygodni wielu zaś zapalny stan, na światło nadwrażliwość, niewychodzenie z domu. Oczy czerwone tak, że puchną, spojrzenie boli – ją, mnie moje na nią także. I oto chodzi zgięta w pół, wzrok w ziemię, twarz ręką przysłonięta, na łazienkowej lampie ręcznik, rolety w dół i światła wygaszone. W ciemności jej popołudnia i wieczory, bierne siedzenie na kanapie, bez wyglądania świtu. A my wraz z nią, przystosowani, pogodzeni. Jak nietoperze, wampiry chroniące się przed blaskiem, przemykamy. Ciszej, intymniej teraz, minimalniej. Oczekiwanie, się-wsłuchiwanie, hibernacja. Jak tylko próg przestąpisz, kiedy wracasz, ciemno już, prawie noc…

Tagi: rodzina
22:43, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 03 października 2018
1704. ...et dona ferentes...

Warszawa w prezencie urodzinowym od soboty do wtorku. Mocno rozczarowujące pendolino, piękne za to mieszkanie na Świętokrzyskiej z widokiem na Pałac Kultury, czekolada u Wedla zamiast tortu orzechowego u Bliklego, pierogi w Zapiecku, zakończenie 59. sezonu Koncertów Chopinowskich w Łazienkach Królewskich, film „Kler” w Multikinie w Złotych Tarasach, Maja Komorowska na Centralnym, Wojciech Zieliński w Parku Skaryszewskim i jesień w Wilanowie. Byłoby to przyjemne, gdybym był sam – jak dotąd zawsze tutaj. Niestety, mam rodziców, a oni mają mnie. Nawet Warszawę – mój azyl i jedyną radość – musieli mi spierdolić…

„Pokładając wszystkie nadzieje w przyszłości syna, padli ofiarą złudzenia, że cokolwiek służy jego pomyślności, jest usprawiedliwione”

[Yukio Mishima, Śmierć w środku lata. Przeł. H. Lipszyc].

poniedziałek, 14 listopada 2016
1598. Lonely in a crowd...

Przyjęcie na osiemnaście osób w restauracji (siedemdziesiąte urodziny jednej z ciotek) – większość rodziny ze strony mojej mamy. Nie bywam zasadniczo – tym razem się nie dało. Mniej picia niż można było się spodziewać (mały kieliszek wódki sączę na cztery raty, do tego większy wina domowej roboty – ten tylko alkohol mi smakuje); jedzenia nadto, dobre. Córka jednej z kuzynek, już maturzystka (jestem aż taki stary?), piękniejsza niż pamiętam – bardzo mi przypomina Keirę Knightley. „Nawet pedały mi nie przeszkadzają, o ile nie dobierają się do mojej dupy”, mówi jej ojciec na dowód tolerancji, kiedy rozmowa schodzi na napięcia narodowościowe (to przekonanie heteroseksualnych mężczyzn, że gej to tylko czyha, by na nich wręcz się rzucić). Siedzę przez siedem godzin – nie umiem się przywitać ni pożegnać (ktoś tam wyciąga rękę, ktoś całuje – ta sztuczność ocierania się policzkiem), milczę przez cały czas (wypowiedziałem może kilka krótkich zdań). Obcy, nieprzystający, wrogi. Będzie mi jeszcze kiedyś potrzebna ta rodzina, ale już teraz żyjąc w pustce, mieć nigdy jej nie będę…

„Lęk egzystencjalny na dzień dzisiejszy: jestem na oko rzecz biorąc najzdrowszy ze wszystkich krewnych i przyjaciół. Mam szansę przeżyć (…) wszystkich i dogorywać w kompletnej izolacji” [Zdzisław Beksiński].

22:47, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 12 września 2016
1588. The freedom to choose our prison...

Jak Ty wytrzymasz jeszcze te półtora roku? – pyta mnie mama, widząc moje popołudniowe osłabienie. A przecież – tu, gdzie indziej – jeszcze trzydzieści lat, dopiero stary, schorowany możesz pożyć. Jak inni znajdują siły, czas na dodatkowe aktywności? Senność i zniechęcenie w dni robocze, w weekendy odsypianie, bezczynność i leżenie. I tyle z życia – żeby pieniądze choć, dające samodzielność. Choć innym widocznie wystarcza, znów tylko ze mną coś nie tak. Z pozoru wygodnictwo, w istocie piekło domu – przestaję nawet marzyć już, że można by inaczej…

„Właśnie na tym polega życie, na przyzwyczajaniu się do rzeczy, które są zwyczajnie nie do zniesienia…”

[Doris Lessing, Złoty notes. Przeł. B. Maliborski].

23:05, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 16 kwietnia 2016
1559. Masz, korzystaj!...

Je na stojąco, przy szafce w korytarzu. Ale porusza się już, wstaje, chodzi. Ma teraz laskę oraz kulę. W odstawkę działka, rower i samochód (nieważny od jakiegoś czasu przegląd – kto załatwi? Trzeba już chyba sprzedać), fotograficzny drogi sprzęt. Zastrzyki i tabletki, zapisy na rehabilitację, możliwa operacja. Boi się zostać sam, łaknie kontaktu, co chwila próbuje zagadywać. Zdany na pomoc żony, która ubiera go, do łez przywodzi. Z synem, co nie potrafi okazywać ciepłych uczuć, się odezwać. Przed rokiem na emeryturę, by teraz być zamkniętym w domu – ten, co nie potrafił siedzieć w jednym miejscu. Kaleką być. To właśnie bezsens tej harówki zwanej życiem – czas wolny się zdobywa dopiero na starość i cierpienie…

Tagi: rodzina
22:18, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 09 kwietnia 2016
1558. Tout va mal...

A jednak bez poprawy. Gorzej. Dzień w łóżku, noc jęczenia. Wysiłek kuśtykania do łazienki. Silny mężczyzna staje się małym dzieckiem. Ten cichy, drżący głos. Jego nerwowość, rzucanie się, napięcie potęgujące jeszcze ból – skupia się tylko na nim, a brak mu cierpliwości, żeby cierpieć (jak gdyby całe to pieprzenie na niedzielnych mszach, żeby „nieść krzyż”, było coś warte, pomagało). Woła do żony „Ratuj mnie!”, do siebie czy do kogoś „Jezu!” (ale Tamtego nigdy nie wzruszają tragedie choćby milionów innych. Każda religia jest maską obojętności Boga, obrazą przyzwoitości, miłosierdzia). Bezsilność – jego, nasza. Jak pomóc, jak zabrać na badania do Wrocławia (syn-łajza nie ma wszak prawa jazdy), sprowadzić w dół trzy piętra. Sam miałem dzisiaj jechać na zakupy odzieżowe – jedna z niewielu moich chwili prywatności, raz na kilka tygodni. Zostaję, bo trzeba zrobić bardziej przyziemne sprawunki, być w domu, gdy wyjdzie mama. Nie da się czytać nic, oglądać ze świadomością, że on tam, za ścianą. Nie słyszeć, nie przejmować się. Mniej jeszcze odtąd życia swego – piekłem mi wydawało się dotychczas, ale czekają jeszcze niższe jego kręgi…

Tagi: rodzina
23:42, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 04 kwietnia 2016
1557. Ojcowie i dzieci...

Tata od kilku tygodni połamany. Jakieś potworne bóle, skurcze – kręgosłup, nogi – nie sposób się poruszać, nie można leżeć, siedzieć. Nie pomagają tabletki i zastrzyki. Co jakiś czas coś jakby przeszywający spazm, tłumione z trudem łkanie, westchnienia „Boże” – nie można nic poradzić. Dopiero dzisiaj ulga, nadzieja na poprawę. Ale nie sposób myśleć coraz częściej o tym, co będzie później, jak się przeciągnie to nie do wytrzymania, jak sobie radzić z tym samemu; o pustce ostatecznej, która przyjdzie po nich i że – dla wyzwolonego wreszcie – ich koniec nic dla mnie nie skończy…

„Nie wierzę w teorię, według której stajemy się naprawdę dorośli dopiero wtedy, gdy umierają nasi rodzice; nigdy nie stajemy się naprawdę dorośli”

[Michel Houellebecq, Platforma. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

wtorek, 22 marca 2016
1554. Spectatores...

Oglądamy jednocześnie, choć niezależnie, w różnych pokojach, „Kupca weneckiego” (USA / Wielka Brytania / Włochy / Luksemburg’2004; reż. Michael Radford). Mnie przyciąga tekst, ją Al Pacino i Jeremy Irons. Ona się cieszy z tego, „jak przerobili Żydka”, komedią miłosnych perypetii. Ja widzę tragedię – człowieka, co traktowany niczym pies, znajduje nagle szansę, by ukąsić, ale opresja otoczenia wpycha go w jeszcze większe poniżenie; łajdaka, któremu się należy ludzka godność (fenomenalne, jak antysemicki stereo-typ wygłasza tu swoiste credo humanizmu, apologię równości). Mama jest widzem z epoki Szekspira, ja z czasów postkolonializmu i po Shoah. W tym domu nie ma sensu wymieniać się z kimkolwiek wrażeniami…

wtorek, 19 stycznia 2016
1540. Szopka...

Mama wymusza na ojcu akcję przeciw poparciu Kościoła dla PiS-u – nie przyjmiemy księdza po kolędzie tego roku. Protest okazuje się dosłownie cichy – czekamy, udając, że nas nie ma (przez godzinę – w jedynej wolnej porze przeznaczonej na czytanie w dniu powszednim – muszę siedzieć przy niemal zgaszonym świetle, by nie widać było z zewnątrz – a mam pokój właśnie od strony podwórka oraz drzwi do klatki – że ktoś w domu). To ma niby dać im do myślenia. A za rok pozwoli w razie czego skłamać, że coś nam wypadło i jak gdyby nigdy nic, po katolicku przyjąć dobrodzieja, wcisnąć mu kopertę. Gdy mówię: tchórzostwo – słyszę zaprzeczenia, oburzenie. I wtedy dopiero chce się rzygać...

„Prawdziwy hipokryta nie dostrzega już kłamstwa, kłamie szczerze”

[André Gide, Dziennik „Fałszerzy”. Przeł. J. Rogoziński].

22:32, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 26 grudnia 2015
1535. ...„my library / Was dukedom large enough”...

Najlepsze w tym całym obłudnym świętowaniu są dni wolne od pracy, smak kilku dań, prezenty. Każdemu z nas dostało się po kapciach oraz książce – mnie nawet cztery, z czego sam sobie kupiłem dwie (piąty tom „Sztuki polskiej” z Arkad i „Sztukę budowania” Jana Knothe) i zapakowane schowałem pod choinkę (odbieram z paczkomatu w dniu Wigilii), do tego niespodzianki na minus i plus – opasły tom, od wielu dni oczekujący w kącie, okazał się powieścią „Nowy Jork” Edwarda Rutherfurda (księgarz polecał mamie; ostatni raz dostałem od niej – i w ogóle – prozę przed bodaj dwudziestoma laty: „Hrabiego Monte Christo”, jeden z ważniejszych tytułów mego życia, który miał pecha stać na samej górze wśród książek dla dzieci i młodzieży, oddała później bez pytania, gdy mieszkałem w stolicy, jakiejś placówce opiekuńczej. Tak też straciłem pośród wielu innych „Alicję w Krainie Czarów”, przygody Tomka Wilmowskiego, „Chatkę Puchatka” i cudnie ilustrowanego „Konika Garbuska”), natomiast już kilka dni wcześniej ciocia, co mieszka parę kroków od nas i często wpada z ciastem, zupełnie nieoczekiwanie przyniosła mi „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk – 900 stron w dużym formacie; wczoraj zacząłem z fascynacją czytać, jutro zamierzam skończyć. Dla mamy album o polskich królewskich rezydencjach (black Friday w BOSZ-u za pół ceny, grzech było nie skorzystać, wzbogacając przy okazji kolekcję książek o Warszawie o cztery tomiki fotografii od lat 40-tych do 70-tych), dla ojca reportaże historyczne Magdaleny Grzebałkowskiej („1945. Wojna i pokój” – świetnie się będą uzupełniać z „Wielką Trwogą”). I jeszcze dziesięć innych tomów dla mnie (doszły w grudniu). Tym samym zostaje przekroczona masa krytyczna – nie ma już na nic miejsca, pięćdziesiąt półek w dwóch pokojach nie wystarcza. Dlatego nie chwalę się na ogół nowymi nabytkami, żeby nie drażnić mamy; układa się wymyślnie wszystko, żeby coś jeszcze zmieścić – bo przecież nie zrezygnuje się z jedynej swojej przyjemności, nawet gdy staje się obłędem, niczemu już nie służy…

„Nagle wpadł w zły humor, patrząc na tę niesamowitą i niezrozumiałą masę książek. Co dawały książki? Doświadczanie. Lecz żadne doświadczanie nie pomagało. Teraz, u schyłku ostatniego etapu swego życia, niemal wrogo przyglądał się książkom, które zawsze odpowiadały jedynie na szczegóły. Na całość nie umiał odpowiedzieć nikt”

[Sándor Márai, Książka. Przeł. I. Makarewicz].

wtorek, 03 listopada 2015
1524. I w proch się obrócisz...

 

A ciebie nie będzie miał kto pochować – mówi żartem (i z podskórną troską) mama, gdy wracamy z cmentarza. Mniejsza już nawet o ten pogrzeb – kto w ogóle znajdzie gnijącego trupa w zamkniętym mieszkaniu, złapie się na myśli, że dawno mnie nie widział, dostrzeże, że dawno już umarłem…

  

„[W nocy – po 12 VII 1973] Odtrącony kochanek życia. Mam już dosyć tych frustracji. (…) Tęsknię do nicości, tęsknię do śmierci. Nie jest wykluczone, że popełniłbym samobójstwo, gdybym miał rewolwer albo cyjankali. Ale popełnić samobójstwo, technicznie, jest bardzo trudno. (…)

Czemu się tak przejmuję światem, z którego tak czy owak jestem wykluczony? Niech przejmują się inni, którzy biorą udział, siedzą przy stole życia. Mnie od urodzenia odstawili, nie dopuścili (odstawiano, nie dopuszczano). (…) Chciałem być jak inni, starałem się, Bóg mi świadkiem, nie wyszło. Skończę więc ze sobą, ze sobą biorącym udział. Przestańmy starać się »być«, być w świecie.

Zniknijmy. (…) Niech będzie wszystko, ale niech nie będzie mnie. (…)

Idź za swoim powołaniem, chłopcze. Stworzony jesteś do nicości, nie broń się więc. Nicuj się, nicuj. (…)

Bo ja już nie mogę. Nie mogę i tyle.

Szukasz zaklęcia, kamienia magicznego, masz go, możesz – użyj. Tym zaklęciem jest nic. Nic, które jest tobą.

Jako ty – twoja sytuacja jest doprawdy żałosna. Ale jako nic…”

                          [Sławomir Mrożek, Dziennik. Tom II. 1970-1979].

  

sobota, 29 sierpnia 2015
1507. The Quiet Man...

  

„Nie był człowiekiem silnym. (…) między matką, przerażającą to bezprzyczynowym gniewem, to nagłą niemacierzyńską czułością, a ojcem zasuniętym w głęboki cień powszedniej pracy, moralizatorstwa i rezygnacji – Władysław wyrósł na mężczyznę popędliwego i wyrozumiałego zarazem: pełnego żółci wobec drobnych szykan, wobec prawdziwie ciężkich sprzeciwów życia – pełnego stoicyzmu. (…) Każde nowe zadanie, jakie los mu nastręczał, uważał za przekraczające jego możność, do niczego nie czuł się w pełni uzdolniony. (…) Jego żywot zatem składał się z szeregu krótkich, różnokierunkowych etapów, miał nerwowy fatalistyczny charakter włóczęgi. (…) wszelkie niewygody, marudztwa, złośliwostki czy tajemnice bytu odczuwał jako dotkliwe krzywdy. Jego wiecznie napięte nerwy nie znosiły zarówno hałasów, niepunktualności, złych pogód, choroby, uczuciowego przymusu, jak i metafizyki. Klęski natomiast przyjmował ze spokojem: nie dziwiły go, czekał na nie zawsze, głęboko przecież – wbrew pozorom – przekonany o własnej nieudolności i o własnej winie. Nie oskarżał nikogo, na krótką chwilę nawet doznawał ulgi: oto brzemię spadło z niezręcznych pleców, oto wolno wreszcie wypocząć na dnie upokorzenia”

                                  [Maria Kuncewiczowa, Cudzoziemka].

  

niedziela, 16 sierpnia 2015
1503. Fine della settimana...

  

Tydzień wolności i monotonia żaru kończą się wczoraj mocno i z przytupem, burzą. Chmury i grzmoty gdzieś za Odrą każą mi wracać z działki, wichura zrywa się, gdy staję u drzwi swoich. Mimo zamkniętych, choć rozszczelnionych okien do domu dostają się tysiące czarnych drobin, niesionych wiatrem z pobliskiego pola, na którym w czwartek szalał pożar (trzeba było odkurzać parapety i podłogę dzisiaj rano). A potem huk i deszcz, wytchnienie, ochłodzenie…

Powrót rodziców – i znowu przygnębienie, irytacja. Znoszenie, uważanie, wpędzanie się w kondycję obserwowanego. Patologiczne już pragnienie izolacji. Tymczasem zaś świadomość, że przez co najmniej dziesięć najbliższych miesięcy nigdy-sam

   

23:08, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 07 czerwca 2015
1486. Spirit of delight...

  

Rodzice od wczoraj na tydzień w Międzyzdrojach. Też mogłem z nimi, a jednak tu zostałem. Jedna z okazji tych niewielu, by samotności wewnątrz odpowiadały i warunki otoczenia. Tak tylko daje się wypocząć i odetchnąć, nareszcie mieć wakacje…

   

                    „Rzadko, rzadko przybywasz, o Duchu Rozkoszy”

                                             [Percy Bysshe Shelley. Przeł. M. Heydel].

  

poniedziałek, 18 maja 2015
1480. Bonnes promenades...

  

Wróciliśmy już, ochłonęliśmy. Dość intensywne dni, dużo chodzenia – z moją na pół skręconą (?) w poprzedni poniedziałek nogą. We wtorek około 15.00 zadomawiamy się na Librowszczyźnie – będziemy mieszkać przy ikonicznym dla klasycyzującego modernizmu Banku PKO projektu A. Szyszko-Bohusza. Pogodnym popołudniem obiad na Rynku, spacer Grodzką na Wawel i opustoszałe już krużganki zamku, portale na Kanoniczej, dziedziniec Collegium Iuridicum. W środę najwięcej – Galeria Sztuki Polskiej XIX wieku w Sukiennicach, ulica Floriańska i Barbakan, Pomnik Grunwaldzki, kościoły św. Floriana i pijarów, plac Szczepański i Pałac Sztuki, dziedzińce Collegium Nowodworskiego i Collegium Maius, małe zboczenie do manufaktury kapucynów po jakieś ziółka, obiad na Rynku, u franciszkanów „Bóg Ojciec – Stań się!” Wyspiańskiego, dalej Plantami pod Wawel i wzdłuż Wisły, Skałka, kościół Bożego Ciała i Kazimierz, gdzie synagogi Wysoka, Stara, Remuh oraz Tempel, szarlotka na ciepło z gałką lodów na Szerokiej (przygrywa nam na żywo jakiś kwartet) i zaciemnione wnętrze u dominikanów. Czwartek ulewny, zimny, zatem skromniej – kościół św. Barbary i Bazylika Mariacka z otwarciem ołtarza Wita Stwosza (prawdziwy zalew wycieczkowych grup, ale spędzamy tam godzinę, więc w końcu się przerzedza), pizza w lokalu „Trzy Papryczki” (tym razem nie w ogródku, jak przed pięcioma laty, gdym pierwszy raz w Krakowie – por. 762), galerie Sztuki Dawnej Polski i Sztuki Cerkiewnej Dawnej Rzeczypospolitej w pałacu Erazma Ciołka, wnętrze świętych Piotra i Pawła. Wieczorem rodzice zaglądają do Galerii Krakowskiej – wrażenie robią niespotykane we Wrocławiu marki; ja odpoczywam w domu. W piątek od rana Wawel – wnętrze Katedry, komnaty reprezentacyjne królów i „Dama z gronostajem” Leonarda; następnie szybki obiad w barze na Grodzkiej, świątynia bernardynów, kościoły św. Katarzyny, św. Anny, deser u Wedla i Teatr Słowackiego. W sobotę pakowanie, wczesny posiłek w „Awangardzie” w dawnym Kasynie Oficerskim – i na pociąg. Po 18.00 jesteśmy już w domu – ja z reminiscencjami (kiedyś, z kimś), a oni pełni nowych wrażeń. Bo podobało się – choć kuśtykałem z tyłu, to przecież przewodziłem; udało się zaliczyć wszystkie żelazne punkty (13 kościołów, 5 wystaw w 3 muzeach), a jeszcze zostało dość powodów, by tam wrócić…

  

      

  

wtorek, 12 maja 2015
1479. „Gdziem z tobą płakał, gdziem się z tobą bawił”...

  

Jedziemy do Krakowa. Rodzice nie byli jeszcze nigdy, ja czterokrotnie już – tym razem pierwszy raz bez Ani, bez tego pretekstu do podróży, naczelnej motywacji i atrakcji. Będę ich oprowadzał kilka dni, lecz nie poznają, po jakich śladach kroczę, łzy jakie i uściski przywołuję, jakie sprzed czterech lat miraże mi się jawią. Mogła się wyrzec i zapomnieć o mnie, lecz ja ją trzymam w ramionach swoich wspomnień nieustannie…

  

                    „Nie upłynęło między nami nic prócz czasu”

                                             [Robert Lowell. Przeł. P. Sommer]

   

niedziela, 03 maja 2015
1476. Wielkie małe rzeczy...

  

XXVII Festiwal Kwiatów i Sztuki w Książu. A raczej jarmark i nawet dosyć wyraźnie odpustowy. Hektary parkujących na łące samochodów, tysiące depczących po sobie ludzi – stragany z regionalnymi wyrobami, biżuterią, wszelką tandetą. Z głośnika biało-czerwone disco, na żywo zaś Peruwiańczycy z el condor pasa, jak w nadmorskim kurorcie. Pozastawiane korytarze, w komnatach więcej inżynierii w konstrukcjach florystycznych niż tych kwiatów. Ścisk, kiepskie zorganizowanie, w dodatku deszcz i chłód w pierwszomajowy piątek – wielkie rozczarowanie. Na szczęście była wystawa bonsai

   

                  

  

W drodze powrotnej sugeruję zatrzymać się w Strzegomiu. Kościół zamknięty, do środka zaglądamy przez szybę w wewnętrznych drzwiach („poza ołtarzem pusto”, mówi mama, a przecież „gotyk pierwszej klasy, nie znasz się”, replikuję), ale kamienie fasad i dekoracja portali przewspaniałe... 

  

      

  

Dziś wypad do zamku na wodzie w Wojnowicach. Poprzednio byłem tam z ojcem na rowerze przed bodaj dwudziestoma laty (wtedy przez Odrę trzeba było promem; teraz mamy już most – Wolności 4 czerwca otwarty przed rokiem przez prezydenta Komorowskiego); tym razem w trójkę samochodem na obiad w tamtejszej restauracji przy Kolegium Europy Wschodniej: schab z dzika, do tego purée z marchewki, maślane kopytka i nelsoński sos – wszystko jednak w jakichś warzywach niezbyt chcianych, które w większości sceptycznie zostawiam na talerzu. Zapadła wiocha, a jednak ludzie ciągną – uniemożliwiają mi zrobienie pełniejszego ujęcia…

  

                  

  

Do domu powracamy zahaczając o naszą Starówkę – taras nad Odrą za pałacem to teraz pseudobarokowy ogród. W trzcinach na dole wypatruję szczygła – szybka reakcja i odrobina szczęścia pozwalają utrwalić to spotkanie. I właśnie taki drobiazg potrafi wynagrodzić wszystko, daje najwięcej satysfakcji i radości…

  

      

  

czwartek, 23 kwietnia 2015
1472. Zielono mi...

  

Trzy dni kolejne we Wrocławiu. We wtorek z rodzicami do Magnolii – w ramach imienin funduje mi się elegancką wełnianą marynarkę; szukałem od jakiegoś czasu czarnej, bez połysku, a że przytyłem, od kiedy wróciłem z Warszawy, radykalnie (przez długie lata około 57 kilogramów, zaś teraz 65!, a przecież co dzień ćwiczę), przymierzać trzeba było często bezowocnie. Mama zjada wieczorem za dużo ciasta z makiem i noc oraz poranek ma potem nieco narkotyczne… Wczoraj już samodzielnie, z chętką na zdjęcia w Ogrodzie Botanicznym, choć zieleń w intensywnym słońcu to nie moje standardy. Jacyś dwaj chłopcy nieco egzotycznej urody i z takim też akcentem chcieli mi wręczyć na Świdnickiej róże. Dziś za to do Ogrodu Japońskiego, znów całą naszą trójką, ja pierwszy raz – uroczo, choć wciąż to światło, ludzie… Wrocław i życie mają swoje plusy, rozchodzi się jednak o to, żeby nie przysłoniły nam minusów… ;-)

  

23:08, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 22 kwietnia 2015
1471. Surprises and Disappointments...

       

Po kilku tygodniach wdrażania w fabryce nowego systemu sterowania i technologii produkcji, w trakcie czego normą było przesiadywanie w pracy od siódmej rano do drugiej w nocy przez siedem dni w tygodniu, ojciec, który to wszystko nadzoruje (a musi przy tym poprawiać amatorski projekt, na jakim to się opiera i temperować oderwane od znajomości praw fizyki, chemii i mechaniki oczekiwania zarządu), ląduje na zwolnieniu lekarskim z proszkami na uspokojenie i książeczką do regularnych pomiarów ciśnienia krwi. Na szczęście nie wróci już do pracy, ma dość – jeszcze miesiąc urlopu i w czerwcu przejście na emeryturę po prawie 43 latach tyrania (a w ostatnim okresie także ogromnej odpowiedzialności) w jednym miejscu. Mama nie pracuje już bodaj 12 lat, a miesiąc temu została emerytką. Będziemy teraz w trójkę siedzieć w domu – dwoje staruszków wraz z synem-nieudacznikiem-pasożytem

Na pożegnanie ojciec dostaje od jednego z dostawców piękny zegarek (ma już ze cztery), a od prezesa firmy profesjonalną lustrzankę z ogromnym teleobiektywem. Prezencik za kilkanaście tysięcy złotych (a dojdzie jeszcze wysoka premia). Zżera mnie zazdrość, tym bardziej, że trwająca kilka lat fotograficzna pasja ojca (co jakiś czas nowy aparat albo szkło) nie zaowocowała dotąd choćby jednym dobrym zdjęciem. Cieszy się, chociaż nie będzie umiał wykorzystać, bo jego kadry i obiekty są nieprzemyślane, krzywe, nieostre i ucięte, zupełnie przypadkowe. No ale cóż – jak się zarabia, to się ma; zasłużył, podczas gdy ja nie tylko czuję zawód – także dla niego muszę być rozczarowaniem…

  

Tagi: praca rodzina
22:58, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 29 marca 2015
1466. Co ludzie powiedzą?...

  

– Co się tak uparłeś na te żółte spodnie? Żeby chodzić w nich codziennie całą zimę (akurat od grudnia do marca nosiłem niebieskie i jakoś nie było problemu). Jeden tylko chłopak w mieście w żółtych. Przecież nie lubisz, jak się na Ciebie patrzy. A tu wystawiasz się na pokaz, wszyscy się przyglądają i rzeczywiście, jeszcze coś sobie pomyślą…

Mieliśmy iść do sklepu razem, ale tak podskoczyło mi ciśnienie, że szybko wychodzę sam (żeby nie musiała się mnie wstydzić). Klnę na głos całą drogę. Życie podporządkowane chwilowym opiniom idiotów. Kastrowanie, rugowanie indywidualności, zastraszanie. Można się przeciwstawiać, ale trzeba wciąż wysłuchiwać; można się łudzić, że już spokój, ale od tego nie sposób do końca się uwolnić…

    

          „Kto szuka, ten zawsze znajdzie coś gorszącego, na co skrycie liczy”

                           [Elfriede Jelinek, Pianistka. Przeł. R. Turczyn].

  

23:45, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Archiwum
Tagi