~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: homo

środa, 27 lipca 2016
1578. The Heat...

Od kilku tygodni w dziale za szklaną ścianą obok nas pracuje nowy chłopiec. Nadzwyczaj ładna buzia, usta i nieco smutne oczy, uśmiech; wydaje się dość cichy, skromny, choć kilka jego fajnych zdjęć (w tym bez koszulki, z tatuażem), jakie znalazłem na Facebooku, nieco mnie (pozytywnie!) zaskoczyły. Z pociągu powrotnego zaś codziennie wysiada razem ze mną inny młody pan, zabójczej wręcz urody – te ostre śniade rysy, nowa świetna fryzura, spojrzenie, pod którym gną się nogi. Za każdym razem na peronie od razu zapala papierosa. Idziemy obaj w stronę kładki (wpatruję się w jego obnażone łydki) – on w prawo, ja na lewo (w tę stronę ludzie przechodzą poprzez tory, ja jeden dążę górą). No i jest jeszcze Bambi, tam, w Warszawie, zdaje się wolny już, prześliczny (on tylko gej na pewno) – lecz cóż z tego. Trzech do się-wpatrywania, zachwycania – nie poznam nigdy z nich żadnego…

„Zbyt to wszystko obce i zbyt tego wiele, skarży się: chcę wracać na swoje śmieci, do życia, które znam.

Wycofanie – oto co jej dolega. (…) Kogoś jej to przypomina. Kogo? Tę bladą młodą Angielkę z Drogi do Indii, tę, która nie wytrzymuje, która ulega panice i kompromituje wszystkich dookoła. Która nie może znieść intensywności żaru”

[John Maxwell Coetzee, Elizabeth Costello. Przeł. Z. Batko].

czwartek, 07 lipca 2016
1575. Wspomnienia z Pomorza (II) - Stogi / Górki Zachodnie (gejowski odcinek nagiej plaży)...

  

                   „Słońce bez cienia na wyciągniętych

                    męskich ciałach. Milczy cnota.

 

                    Dusza – wraz z morzem –

                    pogrąża się w błyszczącym śnie.

                    Nagle podrywają się – młode wysepki – zmysły.

 

                    A grzechu już nie ma”

                                        [Sandro Penna. Przeł. J. Mikołajewski].

 

22:16, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
niedziela, 13 marca 2016
1552. Silenzio di tomba...

Panowie robią wspólne zdjęcie na Dzień Kobiet – trzymane kartoniki (ja kucam w pierwszym rzędzie) układają się we „Wszystkiego najlepszego, Babeczki” (a były dla nich jeszcze babeczki z czekolady). Tych kilka minut w hallu, dziesiątki nieznanych twarzy – nie rozmawiam tutaj z mężczyznami, oni zawsze byli obcym dla mnie światem. Nie poznaję ludzi spoza swojej grupy (15 na 200 osób), prędzej się uśmiechnę w odpowiedzi, niż przemówię, a każde wypowiadane zdanie przynosi zaskoczenie – nie panuję nad prozodią, wstydzę się głosu. Gdyby tak być niemową – nie jestem, lecz staram się usilnie… Czy głos właśnie mnie demaskował od dzieciństwa, od niego się zaczęło wyśmiewanie? Postępująca samoizolacja, impulsów z zewnątrz brak – wewnątrz zaś płytkie, puste, nie daje inspiracji do pisania. Jedynie konfrontowanie się ze światem rodzi słowa; tak upragniona niezależność od wszystkiego to przecież jednocześnie cisza grobu…

22:57, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
sobota, 27 lutego 2016
1549. Kronika wypadków bynajmniej nie miłosnych...

Powrót na Fellow, nie wiem po co. Ostatnia rzecz, na jaką teraz jestem gotów, to spotkanie (jak gdybym kiedykolwiek zresztą był na randce). W pracy, na wejściu, bukiet żonkili; wiosna. W środę mój pierwszy urlop (pracuję 3,5 miesiąca); dziś pociąg do Wrocławia, jak codziennie, ale nie Stadion – Centrum. Na polach żurawi coraz więcej (zimą po kilka, ostatnio naliczyłem aż trzydzieści), na niebie klucze dzikich gęsi; saren dziesiątki, w tym samym miejscu regularnie para lisów. Próbuję kupić dżinsy – z tym zawsze jest najtrudniej; wszystko zbyt wąskie teraz. Przeglądam kilka książek (mam kartę, wartą 50 zł, za wypełnianie ankiet w Internecie, lecz wszystko, co by mogło mnie interesować, nieco droższe), na Placu Solnym już rozchodzi się manifestacja KOD-u. Odnotowuję nowe przejście w ciągu Świdnickiej i bielejące OVO. Wczoraj powrotny pociąg utknął wraz ze mną stację wcześniej (ojciec musiał przyjechać samochodem; od kiedy most jest, to nie problem. Ile jednakże było takich przygód dojazdowych od lat studiów – urok mieszkania w Pierdziszewie), dziś już bez przeszkód, nie licząc zatłoczenia. Nic więcej się nie wydarzyło, kolejne coś – nieprędko…

22:57, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 09 września 2015
1510. Erudyta w burdelu...

 

Nad portalami randkowymi unosi się duch Horacego – rozwijają jego słynną maksymę w carpe noctem! Kult ciała, ekspresja wszelkich ludzkich potrzeb, brak im granic – swoisty to humanizm epoki seksualnego wyzwolenia…

  

„To uczucie wyłącznego oddania, jakie nosiłem w sobie, które będzie mnie coraz bardziej dręczyć, aż zniszczy mnie całkowicie, dla niej nie korespondowało absolutnie z niczym, nie miało żadnego uzasadnienia, żadnej racji bytu: nasze ciała były oddzielne, nie mogliśmy odczuwać ani tych samych cierpień, ani tych samych radości, byliśmy z całą pewnością odrębnymi bytami. (…) nie lubiła miłości, nie chciała być zakochana, odmawiała tego uczucia zastrzegającego sobie prawo do wyłączności i uzależnienia, zresztą całe pokolenie odmawiało tego razem z nią. Błąkałem się wśród nich jak prehistoryczne monstrum, z moją romantyczną dziecinadą, moimi więzami i kajdanami. Dla Esther, jak dla wszystkich młodych dziewczyn z jej pokolenia, seks był tylko przyjemną rozrywką, grą uwodzenia i erotyzmu, która nie niosła za sobą żadnego zaangażowania emocjonalnego, bez wątpienia miłość, podobnie jak litość u Nietschego, była jedynie fikcją wymyśloną przez słabych, by obwiniać silnych i wytyczyć granice ich naturalnej wolności i okrucieństwu. Kobiety były słabe, szczególnie w okresie połogu, u swoich początków potrzebowały więc opieki mocnego protektora i w tym celu wymyśliły miłość, ale teraz urosły w siłę, były niezależne i wolne, toteż odmawiały zarówno wzbudzania, jak doświadczania uczucia, które nie miało już żadnego konkretnego uzasadnienia. Istniejący od wieków męski projekt, doskonale wyrażony w naszych czasach przez filmy pornograficzne, polegający na odarciu seksualności z jakichkolwiek uczuciowych skojarzeń, by sprowadzić ją do płaszczyzny czystej rozrywki, w końcu, w tym pokoleniu, został zrealizowany. To właśnie poczułem, ci młodzi ludzie nie mogli ani tego odczuć, ani tego pojąć, a gdyby nawet mogli, doświadczyliby swego rodzaju zażenowania, niczym wobec czegoś śmiesznego i wstydliwego, niczym wobec stygmatu przeszłości. Udało im się, po dziesięcioleciach uzależnienia i wysiłków, w końcu im się udało, wygnać z serc jedno z najstarszych ludzkich uczuć, i teraz było to faktem; co raz zostaje zniszczone, nie może się na nowo uformować, podobnie jak kawałki stłuczonej filiżanki nie złożą się same z siebie, osiągnęli swój cel: w żadnym momencie życia nie poznają miłości. Byli wolni”

              [Michel Houellebecq, Możliwość wyspy. Przeł. E. Wieleżyńska].

  

Obserwuję to z ogromną ciekawością – poczuciem egzotyki i zazdrością, z podziwem, rosnącym zafascynowaniem…

  

„Frustracja seksualna powoduje u mężczyzny niepokój (…). Seks, ostatni mit Zachodu, to coś, co należało uprawiać; to rzecz możliwa, rzecz, którą należało uprawiać. (…) Od lat stale nosił przy sobie prezerwatywy, nigdy do niczego mu się to nie przydało; dziwki i tak je miały”

  [Michel Houellebecq, Cząstki elementarne. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

piątek, 04 września 2015
1509. Planet(arny) Romeo...

 

Od tygodnia na portalu międzynarodowym. Po co właściwie? – żeby spróbować choć udawać kogoś jeszcze. Preferowani, zupełnie wbrew regułom, ci najdalej – nie będą zbytnio nalegali na spotkanie. Piszę więc z zagranicą, zmyślam, improwizuję na dwóch nieprzyswojonych sobie polach – czatuję o moich upodobaniach i chęciach seksualnych po angielsku…

  

„Nie mógłbym sporządzić rejestru swojego życia wedle czynów, owo fortuna mi ich snadź poskąpiła, sporządzam go tedy wedle mych urojeń”

                     [Michel de Montaigne, Próby. Przeł. T. Żeleński-Boy].

   

niedziela, 23 sierpnia 2015
1505. Loser (II)...

  

Bambi od tygodnia zaręczony. Z kimś, kogo z nim zestawiałem, nim jeszcze obu przyszło to w ogóle do głowy. Tak oto jedyny chłopiec, o którym na Kumpello chciało się i można było marzyć (bo przecież – dający mi dowody swej sympatii), staje się niedostępny, odchodzi w cień. Na cóż zresztą liczyłem, co mam do zaoferowania? Odległość, moje niewysłowienie, cielesna nieporadność aż nadto są przeszkodą…

 

„– Dwie osoby, które się kochają, same, oderwane od świata, bardzo to piękne. Ale czym by żywili swe spotkania twarzą w twarz? Jakkolwiek godny pogardy byłby świat, potrzebują go, aby o nim mówić.

– Mogliby zamilknąć.

– (…) Och nie, żadna miłość nie przetrwa w milczeniu”

                         [Milan Kundera, Tożsamość. Przeł. M. Bieńczyk].

  

Trzy razy cud i do trzech razy sztuka. Jacek, Ania i On – jedyne fascynacje, nadzieje na coś więcej – tracone nim cokolwiek, latami rozpamiętywane. Takie widać przekleństwo – patrzenie, jak się oddalają, wiążą z innym. Zazdrość, poczucie, że ktoś zajmuje moje miejsce. Że znów się traci, ciągle przegapia, wciąż przegrywa…

  

„Facet dostaje w życiu tylko kilka szans. Jak ich nie chwyci za jaja, do końca życia będzie się zastanawiał, dlaczego gra w drugiej lidze”

  [z filmu Droga do szczęścia (USA / Wielka Brytania’2008); reż. Sam Mendes].

  

piątek, 17 lipca 2015
1494. Dowody na istnienie...

  

Pisać można jedynie uczestnicząc w rzeczywistości, żyjąc w świecie – zarazem w pełni doświadczając swojego wnętrza (emocji, myśli), poznając siebie prawdziwego. Zbliżając się, nie oddalając. Tymczasem moje bycie jest ucieczką, skryciem w ułudzie, fantazją nawet o uczuciach. Urządzam w głowie przestrzeń, własne mieszkanie, którego mieć nie będę, w budynku, którego wnętrza na żywo nie zobaczę, a poprzez jego okna widzę miasto, co już nie będzie moim; spotykam się tam z chłopcem, co ma konkretną twarz, nazwisko, a nie potrafię doń przemówić; do łóżka kładę się co noc z dziewczyną, która jest tylko mym wspomnieniem – niewypowiedzianymi słowy mówię jej o miłości, całuję ciało, którego nie umiałem pieścić…

To tylko się przydarza, dzieje – samonaprowadzenie w obłęd pozwala znieść codzienność, wytłumaczeniem jest, na życie przyzwoleniem…

  

„W samotności swojej była żywą ilustracją tego, na jakie bezdroża skręcić może istota kierująca się raczej uczuciem niż rozumem. Aczkolwiek tylekroć spotykały ją zawody, czeka wciąż na ów upragniony dzień, gdy zacznie żyć urzeczywistnionymi snami. (…)

O Carrie, Carrie! O, ślepe dążenie ludzkiego serca! (…) Wiedz, że nie ma dla ciebie ani przesytu, ani zadowolenia. W swoim fotelu bujającym przy oknie marzyć będziesz długo sama. W swoim fotelu bujającym przy oknie marzyć będziesz o takim szczęściu, jakiego nigdy nie zaznasz”

                    [Theodore Dreiser, Siostra Carrie. Przeł. Z. Popławska].

  

czwartek, 26 marca 2015
1465. There and Back (II)...

 

I znowu do Wrocławia na doczepkę. I tak jak przed trzema tygodniami (por. 1461) – trasy te same (Rynek, Ostrów), wstyd przed wyciąganiem aparatu, sklep jeden i bezowocne przymierzanie: żałosne, jak skromna jest moja garderoba – nie mam ni jednej koszuli, garnituru, wyjściowych spodni, butów czy marynarki; ubieram się casualowo (?), półsportowo z przetartych szmat – do miejsc, gdzie chociażby na rozmowie kwalifikacyjnej obowiązuje jakiś dress code, lękam się nawet zgłaszać. Z zazdrością patrzę na młodych ludzi, jak w prosty (wyrafinowany?) sposób zyskują modny look, podczas gdy ja od wielu lat nie umiem kupić dżinsów, obciąć się u fryzjera…

Remontujący przejście podziemne na Świdnickiej krzyczą mi za plecami „Homo niewiadomo!” – widocznie barwa cytryny na nogawkach to nazbyt wiele jak na otwartość „miasta spotkań”. A może błędnie, nie pierwszy raz już tłumaczenia szukam w ubraniu – podczas gdy to mimika, gest, sposób chodzenia mnie zdradzają (musi być w środku coś, czego sam nie znam; lęk i nieśmiałość paradoksalnie owocują prowokacją). Pizza w „Sycylii”, zwiędłe krokusy i tanie książki z wydawnictwa Czarne. Z pociągu marsz do domu przez zmierzchający park, wskazuję mamie kosa na gałęzi, w ruinach mauzoleum Hoymów śmieje się (pije?) młodzież; przed snem „Zabójca” (Włochy / Francja’1961; reż. Elio Petri) z Mastroiannim. I tyle – może kiedyś, znów, po coś i na chwilę, uda się wyrwać tam, lecz trzeba tutaj wrócić…

  

23:15, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 20 grudnia 2014
1447. Briefe, die ihn nicht erreichten...

  

Piszesz komuś komplement, zauroczony nowym zdjęciem – ot, jedno zdanie, z odgórnym zastrzeżeniem (chciałem tylko powiedzieć…), że to nie tani podryw czy wstęp do nagabywań. Wystarczyłoby „dziękuję” w odpowiedzi, „również pozdrawiam” czy choćby zwykły uśmiech. A jednak jesteś (nie pierwszy raz już) od razu blokowany, jakby w przestrachu, że mógłbyś coś próbować jeszcze, bardziej, więcej. Lub wzbudzał taką niechęć, strach, że trzeba się odgrodzić od zadżumionego, zatrzasnąć drzwi przed nosem, wyrzucić poza, odegnać go kamieniem. Nie chcą mieć nic wspólnego, nawet byś patrzył czy zachodził nie pozwolą. A Ty nie potrafisz się nie przejąć, nie przeżywać, choć jednocześnie, przyzwyczajony do bycia na uboczu, myślisz: taki to los mój – źle adresować listy, nie tych ciekawość wzbudzać…

  

22:15, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
czwartek, 13 listopada 2014
1441. Nielot...

   

Formuła tego-tu-pisania wyczerpuje się po raz kolejny – choć „raz kolejny”, skoro znów wspomniany, dowodzić mógłby blogowej (wy)trwałości. Brak inspiracji od wyjazdu z Warszawy. Wykorzystuję należne mi dni wolne na chwile we Wrocławiu – ciuchy w galeriach (wełniany płaszcz, nie ciepły i zbyt wąski, lecz po dziesięciu dniach namysłu decyzja, by nie zwracać – taki ładny), detale z aparatem (Rynek i Ostrów, baroki i gotyki, świeczka palona pod ikoną w katedrze greko-katolickiej, gdzie zrekonstruowana kaplica Hochberga). Na co dzień koszmar pseudopracy – siedzę bezczynnie, czasami ksero, podpisy na fakturze, sporządzanie dyplomów, zestawienia w Excelu, ale to wszystko góra kilkadziesiąt minut; farsa, a tak czy owak te osiem godzin męczy. Popołudniami znów nie-do-zwalczenia słabość, „utraty przytomności” (niskie ciśnienie, niedobór jakiegoś hormonu czy cukrzyca?), a mimo to już czwarty miesiąc ćwiczę każdego dnia, chudość uatletyczniam. Komplementują na Kumpello, mnie w głowie tylko Bambi (prześliczny chłopiec, z którym się nie ma już jak spotkać). Tak chciałoby się Poezji i Miłości – a tu samotność, proza życia. Jak Amor na Pegazie – bez łuku, którym by można razić, z sobą wiązać, wraz z koniem na zbyt małych skrzydłach, by wzbić się i ulecieć…

   

      

  

„Co jednostkę twórczą dnia dzisiejszego wyróżnia, to poczucie wyższości nad ludźmi, poczucie, że stoi poza interesami doczesnymi gromady, i przede wszystkim poczucie, że jego instynkty idą na marne, że źródło jego sił stopniowo wysycha – dzieje jednostki twórczej stają się smutną historią zahamowanej woli i źle skierowanych popędów. Stają się dziejami powolnego obsuwania się góry, gdzie woda, nie znajdując innego ujścia, wsiąka w zwały skalne, rozkłada je i rozsadza, rozprzęgając ich wewnętrzną spoistość.

Stąd tęsknota za wyzwoleniem i wybawieniem, tęsknota niebezpieczna, trzepocząca skrzydłami, aby wzlecieć wzwyż i w dal.

Lecz tęsknota owa nosi wyraźną cechę: świadomość beznadziejności, pełną świadomość, że upragniony cel jest urojeniem”

[Stanisław Przybyszewski, Z psychologii jednostki twórczej. Chopin i Nietzsche].

  

poniedziałek, 03 listopada 2014
1440. Żywi i martwi...

  

Dwa dni na grobach; w sobotę, pierwszego listopada, byłyby setne urodziny ojca mamy – umarł przed prawie dwudziestoma dziewięcioma laty, mam jedno z nim wspomnienie. Z pozostałymi dziadkami nieco więcej, lecz równie obojętne. Aura prawdziwie letnia, nie jesienna – zlatują do chryzantem pszczoły, motyle przysiadają na nagrobkach, ludzie zdejmują kurtki. Pogoda zachęca do spacerów. Tymczasem nuda w pracy – powinno się w Warszawie być i z aparatem chodzić, ze Ślicznym Chłopcem spotkać. Ja tu, On tam – i znów nie można zbliżyć się do tego, na kim ci zależy. Ucieka mi sprzed nosa szansa na coś więcej, niż tylko zapoznania się przyjemność…

   

Tagi: homo rodzina
22:32, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 11 października 2014
1433. The only gay in the village...

    

Nie wychodzę w weekend z domu, nie spotykam się – a jednak… Poznaję Maćka, spotykamy się w południe na Starówce. Chórzysta, muzyczny samouk, bywa w Domu Kultury – pałacu, w oficynie którego ja pracuję. Pokazuję mu okienko, z którego będę go wyglądał; siedzimy na końcu nadrzecznego bulwaru, rozmawiamy, odprowadza mnie kawałek, gdy wracam na obiad. Dysonans, fascynacja – młodszy o lat 13, kościelne zaangażowanie, śpiew i pianino, szlugi, swobodny język, seks i inne chłopaki („ich tu na pęczki”, mówi). Jestem dość zaskoczony – wygląda znacznie lepiej niż na zdjęciach: buzia, spojrzenie, głos, reakcje, gesty. Fajny, podoba się – tylko tak różne światy…

Poprzedni wpis, że nie znam tu nikogo – i oto dopiero w wieku trzydziestu czterech lat pierwszy raz stykam się z gejem w swoim mieście…

  

Tagi: homo
22:40, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 04 października 2014
1431. La Grande Illusion...

  

W istocie jeszcze nic, dopiero kilka dni – wymiana paru zdań, dość licznych komplementów. Niby jak z dziesiątkami innych (kto by pomyślał, że ja taki rozmowny?), ot tak, a jednak pierwszy raz z nadzieją. O ślubie, urządzaniu domu nawet żarty (?) po pierwszych już godzinach. Jak tego nie spieprzyć, gdy nie ma się (wciąż!) wprawy; co myśleć, mówić, robić, w którym kierunku zmierzać? Jak zbliżyć się przy tej odległości, do siebie przekonywać, nawiązać więź, polubić? Pominąć różnicę wieku i doświadczeń. Przemienić w rzeczywistość, w fakty to, co romantyczną jedynie fantazją, o cudzie jest marzeniem…

Prześliczny, słodki, przeuroczy – najfajniejszy chyba chłopak na Kumpello. Już dawno zwróciłem nań uwagę. A teraz on uśmiecha się też do mnie. Być może to tylko uprzejmość – trudno przypuszczać, bym miał u takiego ciacha jakieś szanse. Znowu więc może się zapowiadać jednostronność – a jednak nie sposób się powstrzymać, ten pierwszy-raz-aktywnie nie spróbować…

  

„Odczuwałem tę niepokojącą euforię, to szczęśliwe, bezradne rozchybotanie, które zawsze odczuwa człowiek, mający za chwilę obdarzyć kogoś miłością, na stromym początku tego uczucia. Gdyż nawet w tak młodym wieku wiedziałem, że zawsze jest ktoś kochany i ktoś kochający, wiedziałem też, która z tych ról jest w tym wypadku mnie pisana”

                          [John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

  

23:22, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
piątek, 12 września 2014
1425. Come A Little Bit Closer...

  

Przed paroma tygodniami powrót – po równo półrocznej przerwie – na Kumpello. Nie wytrzymałem jednak, nie daje się zadusić w sobie pewnych rzeczy. Stare o sobie treści, lecz za to nowe zdjęcia; od dwóch miesięcy w każdy wieczór dość intensywnie (jak na tak wątłe możliwości) ćwiczę, a że efekty są widoczne, wyczuwalne – wystawiam się na pokaz, szukam uznania i pozorów sympatii. Nie zbywam już tak szybko rozmów, zagadywań, każdemu staram się odpowiedzieć (co czasem wymaga zaparcia, dobrej woli przy ich problemach ze składnią, ortografią), polubiam i zostawiam ślady, czasem także komentarz lub prywatną wiadomość. Jałowe to w istocie – znam już to rozmijanie się afektów, oczekiwań, ten przykry brak rewanżu. A jednak gra się dalej – tym dłużej pewnie, że coś bardziej tak teraz niemożliwe. Po raz pierwszy chyba byłbym gotów się spotykać (i więcej nawet – wciąż wypytuję M. o kwestie seksualne, dopełniam swoją wyobraźnię, narasta chęć, by pójść do sauny Heaven) – a wszak warszawskie szanse i okazje już stracone. Znów tu, gdzie trzeba kryć się z każdym pragnieniem, gestem, można zaś tylko – w pustce i bez nadziei na cokolwiek – biernie czekać…

   

„W noce, kiedy najbardziej doskwiera mi samotność, kiedy mówię do siebie i do wyimaginowanych ludzi, muszę czasami tłumić potężną chęć, by podejść do domofonu i zawołać o pomoc. (…) Dlatego idę do łazienki, zamykam za sobą drzwi, nachylam się do lustra, w którym widać moją ściągniętą twarz, i wykrzykuję:

– Chcę kogoś! Chcę kogoś! Chcę kogoś!

Czasami potrafię się tak drzeć przez wiele minut, próbując wywołać atak płaczu, po którym opadnę bez sił i przynajmniej na chwilę wyprany z tęsknoty za ludźmi. Naturalnie nie odbiło mi na tyle, żebym uwierzył, że takie wrzaski sprowadzą tego, kogo pragnę. Zresztą kto to miałby być? Gdybym wiedział, nie musiałbym drzeć się do lustra – mógłbym napisać lub zadzwonić.

– Chcę kogoś! – krzyczę, a zjawiają się rodzice”

                    [Philip Roth, Nauczyciel pożądania. Przeł. J. Spólny].

  

niedziela, 20 lipca 2014
1411. King of Summer...

  

Od świtu słońce niemiłosiernie nagrzewa mój pokój, jest w nim potwornie duszno. Od lat najmłodszych znoszę, przez kolejnych trzydzieści – nie tyle nawet się przyzwyczaiłem, co nie zauważałem, bo brałem to za normę. Zastanawiam się, jak mogło wpłynąć to na mój fizyczny rozwój – czy stąd ten płytki oddech, brak tchu podczas wysiłku (wykluczający nawet seks), ta słabość, anemiczność, chudość? Tyle drobiazgów domaga się wyjaśnień, tyle powodów, by szukać za nie winnych…

Upały i tak w tym wszystkim są najlepsze. Przyszły, choć chciałem wcześniej, gdy nie było rodziców. Próbuję jednak się nacieszyć, po kryjomu – wychodzę niby to na miasto, kryć mam się w cieniu, a tak naprawdę włóczę się po okolicznych polach, bezdrożach, ścieżkach pośród łąk, wzdłuż nadodrzańskich wałów. Odkrywam drogi nieschodzone – i pomyśleć, ile podobnych fantazji w ostatnich latach, a nie wiedziałem, że wokół tyle możliwości, przez całe życie nie przyszło mi do głowy, że można tu, wystarczy poza obszar, w dzikość, na skraj sąsiednich wsi, poboczem. Pod słońcem, w pyle i po sianie, bez koszulki. Dwa dni i cztery podobne wyprawy – luz, przygoda! Gdyby tak jeszcze z kolegą, ech… À propos – film „Królowie lata” (USA’2013; reż. Jordan Vogt-Roberts) – urocze, zabawne, cudowne! Że rodzice to coś beznadziejnego i że najwspanialsza rzecz na świecie – bycie chłopcem. O tym, czego nie dane było zaznać – zbytnio dorosły w młodych latach, teraz staram się czas (i los) odwrócić, w dziecko bawić. Powrócić rozpaczliwie tam, gdzie się formuje start na to, kim będziesz, co w swoim życiu możesz…

  

        „(…) przeszłość, tak jak i przyszłość, można sobie tylko wyobrażać”

                     [Enrique de Hériz, Kłamstwa. Przeł. W. Charchalis].

  

niedziela, 13 lipca 2014
1409. Hic est corpus meum...

  

Ostatni dzień swobody, ponownie sam w tym domu będę najwcześniej latem przyszłego roku. Pogoda nie pozwoliła nacieszyć się tym w pełni – przez tydzień ledwie kilka godzin słońca, przechadzek nonszalanckich, opalania. Dzisiaj, chcąc pomóc nieco ojcu, odwiedzam działkę, by zająć się wszystkimi trawnikami. Był mocno zaskoczony, gdy już wrócili i zajrzał tam wieczorem. Dla mnie taki wysiłek jest równie nietypowy, co przyjemny…

   

„To dziwne, jak często ostatnimi czasy tak właśnie siebie widzę, to znaczy z dystansu, jakbym był kimś innym, przy pracach, które mógłby wykonać tylko ktoś inny. Ja i koszenie trawy, doprawdy”

                          [John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

 

W Warszawie zakładałem, że już nie będę się rozbierał – wstydziłem się patykowatych rąk tak bardzo, że nawet do krótkich spodenek od kwietnia nosiłem marynarkę (bodaj tylko podczas spotkania z Dianą w Konstancinie zrobiłem wyjątek). A jednak bardzo kusi, więc sobie tu pozwalam – jedyna dla mnie z seksualnych przyjemności. Świadomość ciała skłania do odmiennego nań spojrzenia, wracam (kolejny raz w ramach swych krótkich zrywów) do intensywnych ćwiczeń. Bo, mimo wszystko, efekty zaczynają być widoczne. Nie skoryguje się już niektórych dysproporcji, ale podoba się to, co można ujrzeć w lustrze po zdjęciu koszulki, zmęczenie daje, paradoksalnie, power – w tym życiu, w którym nie ma już żadnej aktywności…

  

„[20 X 1964] Dobraliśmy się doskonale. Ja z moim ciałem. Siedzi tu właśnie ono koło mnie, a dupa go boli na skutek ze trzydziestu lat siedzenia na niej. Wyżej głowa, ogłupiała od niedomagania oczu, co od dzieciństwa słabe i właśnie do dupy. W środku rodzaj brzucha, który powoli się zarysowuje, tym ohydniejszy, że będzie to brzuch człowieka raczej chudego, najohydniejszy więc, tak zwany piłkarski. Wewnątrz zaś, poza wnętrznościami, przekonanie, że nic się nie stało i do niczego się nie doszło, że w kasie znowu zadźwięczało i znowu ogromne zero wyszło, jak zawsze. Tylko jeżeli się ma mniej lat, kiedy zero wychodzi, to wtedy tak nie przeraża, bo jest nadzieja, co tam nadzieja, pewność, że czasu jest jeszcze wiele i że to zero wcale nie jest ostateczne, że jeszcze wszystko się nadrobi. Tymczasem bardzo trudno już teraz mieć takie przekonanie, bo wcale czasu tyle już nie ma i nie będzie, coraz mniej będzie czasu. A ten, co jest, to się marnuje, jak teraz na przykład, kiedy zamiast zająć się robotą, której tyle, to się tu siedzi i pisze głupstwa, o których wie każde dziecko, które przekroczyło trzydziestkę. Czy nie lepiej zająć się czym innym, innym rodzajem umierania, bardziej pożytecznym, co by jakieś pieniądze przyniósł przynajmniej?”

                      [Sławomir Mrożek, Dziennik. Tom I. 1962-1969].

   

środa, 25 czerwca 2014
1404. Family Man...

  

Dzień Matki, Dzień Dziecka i Dzień Ojca przechodzą u nas tego roku bez odzewu, nie są w żaden sposób celebrowane, wspominane (a zresztą, owe „Wszystkiego najlepszego!” z lat minionych znaczyło też niewiele). Mścimy się za niepamięć o sobie kolejnym przemilczeniem – kalendarzowa kolejność świąt wskazuje, kto pierwszy tu zawinił…

Teraz, kiedy na nowo jestem z nimi, moja emocjonalna oschłość znów narasta. Powraca gniew, skrywany, tym bardziej wszak niszczący (żałosne, bo mimo tego korzysta się z profitów). Za zmarnowane życie, nie-nauczenie, zastraszenie; że się nie mogło zbliżyć z Jackiem, Anią, nie poradziło tam, bo tak było ukształtowanym; że się musiało wrócić, że teraz trzeba znosić

  

„(…) wszystko to odejdzie w niepamięć z czasem, a ja stanę się zimnym skamieniałym nagrobkiem pewnej małej rodziny, liczącej wszystkiego trzy dusze, która kiedyś istniała, ale przestała istnieć”

                        [Zeruya Shalev, Mąż i żona. Przeł. A. Jawor-Polak].

   

środa, 18 czerwca 2014
1402. Last Action Hero (II)...

  

Instynktownie wyczuwałem, że to on – mój sąsiad – słysząc poprzez zamknięte drzwi rozlegające się na korytarzu kroki czy niedające się rozpoznać głosy. Biegłem zaraz do okna, by domysł swój potwierdzić i ujrzeć, jak wychodzi. Bodaj codziennie spotykał się ze swoją przyjaciółką, ale była to właśnie „bratnia dusza”, nie „druga połowa”; wydawali się wręcz nierozłączni i, jak się dowiedziałem później, razem podróżowali (Paryż, Sztokholm, Tatry). Przez trzy lata mojego zamieszkiwania w Warszawie minęliśmy się ledwie parę razy. Bez słowa, z szybko skrywanym spojrzeniem – przynajmniej z mojej strony. Nie było w tym podniety, a jednak czymś przyciągał – głosem, pogodą ducha, młodzieńczością?... Miał profil na nowszym „branżowym” portalu, nie przejawiając tam – jak ja – zbyt wielkiej aktywności. Dopiero jesienią sprowokowałem go do internetowej zaczepki – dodaliśmy się wzajem do „znajomych”, bodaj trzy razy „klikaliśmy” ze sobą i nawet zaprosiłem go na spacer. Ale zaraz gdzieś obaj wyjeżdżaliśmy, mieliśmy się później zgadać. A każda taka przerwa odbiera mi odwagę. Choć było jeszcze parę „Cześć” pod naszym domem (dwa nawet w obecności mojej mamy – „A kto to? Twój kolega?”), kontakt się urwał. Ja zresztą wkrótce wykreśliłem się z „tych” stron, a w końcu musiałem zrezygnować ze stolicy…

Marzyłem o koledze, kimś wreszcie z niedaleka, z kim można by codziennie – rozmawiać, wyjść do parku, obejrzeć film lub pograć w badmintona. Kogo się można nie bać. Miałem sympatycznego geja naprzeciwko i nawet to okazało się za trudne. Nie ma znaczenia rodzaj szans, jeśli się spieprza wszystkie…

  

„Tamtej nocy Sebastian samotnie podążał ulicami i wyjaśniał latarniom, o których słupy posiniaczył sobie pięści, że coś z tym światem jest nie tak. Że muszą istnieć inne wszechświaty, w których sprawy przyjmują inny obrót. Gdzie nie byłoby możliwe, żeby ktoś taki jak on, mimo że ma większą wiedzę, przegrywał swoją szansę na szczęście. Światy, w których on i Oskar nigdy by się nawzajem nie stracili”

                         [Juli Zeh, Ciemna materia. Przeł. S. Lisiecka].

  

niedziela, 27 kwietnia 2014
1384. Les Rayons et les Ombres...

  

To osobliwe, żeby w kwietniu podczas spacerów opalić – ba! wręcz przypiec – sobie kark i nogi. A rok temu był śnieg. Jeśli tylko te zmiany klimatyczne będą trwałe, to nie mam nic przeciwko…

  

Pod lokalami na Żurawiej jednocześnie: cztery ferrari, do tego lamborghini, porsche i inne luksusowe wozy. Żyją se co niektórzy, wpadają na desery, drinki, kawy (co tam właściwie się zamawia?) droższe niż moje tygodniowe wydatki na obiady. A inni zaczepiają na ulicy, proszą o wsparcie na jedzenie, kupienie im kanapki. Nie wiedzą, że jestem w podobnej sytuacji, nie dość jednak odważny czy pokorny, żeby żebrać…

  

Ładny (tak interesująco) z twarzy, subtelny w geście i rozglądającym się spojrzeniu, chłopiec w Mleczarni obok drzwi, czekający chyba na swoje „na wynos”. Siadam z grochówką tak, by móc ukradkiem patrzeć. Za takie chwile należy się pokuta: śmieją się ze mnie i wskazują palcem ogrodnicy Biblioteki Uniwersyteckiej, potem obok wizytek – jeden gra na gitarze, drugi do kapelusza zbiera drobne i długo krzyczy „Pedał! Ha-ha!” na całe Krakowskie Przedmieście, jak już minąłem go z uśmiechem odmawiając wsparcia („śmiejemy się z lewaków”); na końcu, już pod moim domem, zachwiany gość w obecności małżonki puszcza wiązankę, z której dociera do mnie chuj, cwel, jebanie w dupę… Wiem, że są geje, co nie znają przykrości, cieszą się akceptacją krewnych, znaleźli miłość życia – albo przynajmniej mogą zaliczać dziesiątkami same ciacha. I jeszcze im się często powodzi finansowo. A mnie się publicznie upokarza lat dwadzieścia, choć niczego z owej sfery nie znam, nie doświadczę…

   

               „Poniżenie można ścierpieć, jeśli potem żyje się po ludzku”

                z filmu Gorzki romans (ZSRR’1984; reż. Eldar Riazanow).

  

Tagi: homo Warszawa
23:00, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18
Archiwum
Tagi