~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: Andruchowycz_Jurij

niedziela, 18 września 2016
1589. Don’t Speak...

„– Ile języków Pan zna?

– Żadnego. Znam wiele słów z różnych języków”

[Jurij Andruchowycz, Perwersja. Przeł. O. Hnatiuk i R. Rusnak].

Przypomnij mi, jaką filologię ukończyłeś? – pyta mnie koleżanka w pracy. To Ty mówisz po rosyjsku, tak?

Już nie – ucinam szybko. Ja nawet i po polsku już prawie w ogóle nie rozmawiam…

„(…) potrafił godzinami siedzieć z nami przy stole i nie odezwać się słowem. Nieobecny duchem, w aurze melancholii, patrzył przed siebie, palił, niekiedy zanucił kilka taktów, które akurat przemknęły mu przez głowę, wzdychał, masował pożółkłe od nikotyny palce – i milczał. Milczał, dopóki ktoś nie skubnął go w rękaw, prosząc o jakąś informację, której zresztą tamten gotów był udzielić natychmiast, wyczerpująco i uprzejmie, bez względu na pytanie: czy o Schuberta, czy o Talmud, czy też o historię Węgier. Ledwie kończył swój wywód, a już znowu pogrążał się w milczeniu, które jedni tłumaczyli nieśmiałością, inni brakiem pewności siebie, większość zaś uważała, że to szczególna forma łagodnej arogancji”

[Michael Krüger, Wiolonczelistka. Przeł. A. Kopacki].

sobota, 28 listopada 2015
1528. Das Scheißleben...

  

Smród z fabryki – a może z oczyszczalni ścieków – daje się czuć w pociągu przy każdym wjeździe do miasteczka od strony Wrocławia, choć za wieczornym oknem niewiele znamionuje jeszcze, że gdzieś się dojechało. Tak wita dziura: gości pozbawia złudzeń, zaś tym, którzy się stąd wyrwali, uparcie przypomina, od czego nie sposób się uwolnić. To jest twój klimat, pasuje do ciebie bardziej niż Warszawa, scenerię twego dramatu stanowi Pierdziszewo

  

„Możesz nie znać. (…) Stamtąd pochodzę. Mieszka tam wielu pijaków i wszelkiej maści nieudaczników, którzy przegrali życie i siedzą po uszy w gównie. Wiedziałem, że powrót to przyznanie się, że jestem taki sam. Ale tam mimo wszystko był dach nad głową. Dom moich rodziców, sad ze starymi jabłoniami”

             [Jurij Andruchowycz, Perwersja. Przeł. O. Hnatiuk i R. Rusnak].

  

23:24, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 10 sierpnia 2015
1501. There Are Rules...

  

Od wczoraj znowu sam na tydzień, rodzice w Świnoujściu. Już dawno marzyło mi się na taką okoliczność słońce, upał, chłopięca nonszalancja. I oto jest – co dnia jakieś trzydzieści pięć, tak żeby biły siódme poty, nie dało się wysiedzieć poza cieniem, także w domu. Nawet więc kiedy spełnia się, to tak, by dostać w dupę – zasada numer jeden…

  

„Wszystko, czego sobie życzymy, o czym myślimy i czego się spodziewamy, z pewnością nam się przydarzy. Sęk w tym, że zawsze za późno i zawsze jakoś inaczej. Tak więc, gdy stajemy z tym twarzą w twarz, nawet tego nie rozpoznajemy. Dlatego przeważnie boimy się przyszłości, boimy się podróży, dzieci, boimy się zmian. Nie umiem stawić temu czoła, ale ze wszystkich sił udaję, że się opieram”

              [Jurij Andruchowycz, Dwanaście kręgów. Przeł. K. Kotyńska].

  

23:56, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 03 lutego 2013
1219. Scrivere è pensare, vivere, pregare...

  

Nie chodzi o brak słów, ale tematów. Zostały ledwie trzy – poczucie winy, wstyd, tęsknota – odkąd zaczęłaś się oddalać. Nie modlę się już o odmianę losu, nie czekam żadnych darów. I tak jak przyzwyczaja czas, że życie się skończyło, tak i odbiera chęć, żeby cokolwiek tworzyć

   

„(…) słabość pisania najczęściej świadczy o wypaleniu się uczuć, a śmierć nieodmiennie wdziera się tam, gdzie brakuje miłości”

             [Jurij Andruchowycz, Dwanaście kręgów. Przeł. K. Kotyńska].

   

niedziela, 04 listopada 2012
1185. Szkice z podróży na zachód...

  

Dwa pełne dni u rodziców – i dwa w podróży there and back. Nie chciałem, lecz wypadało – nie byłem wszak przed rokiem i na pogrzebie babci. Długie kolejki staczy na Centralnym w środę (choć można bilet szybciej, w Punkcie Obsługi Klienta Intercity – siedząc), a jednak pustki przedziałowe w czwartek – pociąg-widmo. Pan naprzeciwko, obgryzający tłuste kości z mięsa; ja z zapasami „Polityk” sprzed miesięcy – dwa typy w pierwszej klasie.

  

                 „[1952] Snobs i plebs. Pięć liter. I takie samo znaczenie”

                       [Sándor Márai, Dziennik. Przeł. T. Worowska].

 

Dorosły chłopak, ojca całusem witający w Piotrkowie Trybunalskim. Lekka szarówka, spowijająca wciąż niedoszlifowany klejnot – Wrocław Główny; opóźniam nieco dalszą jazdę, żeby się przyjrzeć zmianom tego, co tak znane. A po przyjeździe szybko obiad, błotne brnięcie na cmentarz, śliczny tam modny chłopiec, chłód i ciemność…

W domu, jak zwykle, coś nowego, odkąd pieniądze przestały być problemem. Szafa na wymiar w przedpokoju, gustowny czajnik, lustrzanka ojca – trzeci już raz dziedziczę jego poprzedni sprzęt (Nikon P500); trochę siedzimy razem – niech mama się nacieszy. Piątek, sobota – odpoczynek: tort i książka. Męczy noblista tegoroczny: pierwszy z wydanych dotąd w Polsce dwóch tytułów – bez wartości. Podobnie „Ogród Luizy” (Polska’2007; reż. Maciej Wojtyszko) jeszcze w świąteczny wieczór – dobre intencje, same klisze i zero reżyserii… Spacer na stację, prom przez Odrę, z kontuzji wyleczone kopie wersalskich figur. I łabędzie. Przygnębiający obraz ruder, bloków, kiepskich trzydziestu lat, straconych szans i lęków. Pamiętaj, skąd uciekłeś, od czego nie uwolnisz…

  

         Nigdy nie przychodźcie do miejsca, w którym niegdyś umieraliście”

             [Jurij Andruchowycz, Dwanaście kręgów. Przeł. K. Kotyńska].

 

Dzisiaj już tłumniej na kolei, więcej patrzenia w okno (trudno się skupić na lekturze – sąsiedzi od Lublińca ględzą). Kot w sadzie, bażant w polu i plafon z chmur na niebie. Na jakimś murze „Kocham Cię, Kuleczko” – też Ciebie w myślach tak nazywam. Bezbiletowe Romki (?) w Brzegu na Opolszczyźnie – przekleństwa, wyszarpywany z wagonu wózek z dzieckiem, plucie… W torbie zapas bigosu, więc kilka dni bez głodu. Jutro do pracy… Jestem.

  

wtorek, 16 października 2012
1179. Homo viator...

  

Wszystkie te miejsca ulubione, tak często odwiedzane, i nowe, teraz dopiero odkrywane (w ubiegłym tygodniu na przykład ZOO i Ogród Botaniczny), te znane doskonale mi alejki, ławeczki romantyczne, zakamarki; przejścia dopiero poddające penetracji, trasy kolejne, pokazy i wystawy, zdjęcia; wycieczki wciąż, spacery nieustanne, posiedzenia; kwiaty, kamienie, liście jesienne, kolory nieba, słońce – wszystko to miało być z Tobą i dla Ciebie. Z Twą dłonią w mojej ręce, do ucha szeptem, ramieniem wokół talii – zawsze razemDopóki chodzę, mogę urzeczywistniać swe marzenie, że się spełnia

  

„Nie wiemy, po co wędrujemy (…). Czyżbyśmy i bez wędrówek mieli za mało samotności?”

             [Jurij Andruchowycz, Dwanaście kręgów. Przeł. K. Kotyńska].

  

Archiwum
Tagi