~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~

Wpisy z tagiem: dzieciństwo

poniedziałek, 16 lutego 2015
1457. Dławienie...

  

           „Dzieciństwo jest nożem wbitym w gardło. Nie tak łatwo go wyjąć”

        [z filmu Pogorzelisko (Kanada / Francja’2010); reż. Denis Villeneuve].

  

22:54, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
środa, 04 lutego 2015
1455. Mes Poisons...

   

„Czytać zaczęła w wieku siedmiu lat i przesiedziała nad książkami kolejne dwadzieścia. Zajęcie to tak ją pochłaniało, że wracała do rzeczywistości dopiero na ostatniej stronie”

                           [Ludmiła Ulicka, Sonieczka. Przeł. R. Bartosik].

  

Najważniejsza dla Ciebie książka lat młodzieńczych, taka, która ukształtowała Cię na przyszłość?

– Niewątpliwie „Hrabia Monte Christo”. Całe późniejsze życie było hodowaniem w sobie zapiekłej nienawiści, chęci odwetu za to, co oni mi zrobili (por. 1310)…

A jeszcze inna?

– „Przypadki Robinsona Crusoe”. Z tym, że ja wolałem nigdy się z bezludnej wyspy nie wydostać…

  

„(…) mogłem zapełnić swój gabinet książkami, rycinami i obrazami, które odgradzają mnie od powszechnej głupoty i szpetoty (…), mogłem stworzyć sobie enklawę swobody i fantazji, w której dzień w dzień, a ściślej mówiąc noc w noc wyzwalam się z gęstej, toksycznej skorupy ogłupiających konwenansów, haniebnej rutyny oraz wykańczających czynności stadnych (…) W tej enklawie mogę żyć, żyć naprawdę, być sobą, otwierać zamieszkującym we mnie aniołom i demonom pancerne drzwi, za którymi (…) przez pozostałą część doby muszą się ukrywać”

          [Mario Vargas Llosa, Pochwała macochy. Przeł. C. Marrodán Casas].

  

niedziela, 20 lipca 2014
1411. King of Summer...

  

Od świtu słońce niemiłosiernie nagrzewa mój pokój, jest w nim potwornie duszno. Od lat najmłodszych znoszę, przez kolejnych trzydzieści – nie tyle nawet się przyzwyczaiłem, co nie zauważałem, bo brałem to za normę. Zastanawiam się, jak mogło wpłynąć to na mój fizyczny rozwój – czy stąd ten płytki oddech, brak tchu podczas wysiłku (wykluczający nawet seks), ta słabość, anemiczność, chudość? Tyle drobiazgów domaga się wyjaśnień, tyle powodów, by szukać za nie winnych…

Upały i tak w tym wszystkim są najlepsze. Przyszły, choć chciałem wcześniej, gdy nie było rodziców. Próbuję jednak się nacieszyć, po kryjomu – wychodzę niby to na miasto, kryć mam się w cieniu, a tak naprawdę włóczę się po okolicznych polach, bezdrożach, ścieżkach pośród łąk, wzdłuż nadodrzańskich wałów. Odkrywam drogi nieschodzone – i pomyśleć, ile podobnych fantazji w ostatnich latach, a nie wiedziałem, że wokół tyle możliwości, przez całe życie nie przyszło mi do głowy, że można tu, wystarczy poza obszar, w dzikość, na skraj sąsiednich wsi, poboczem. Pod słońcem, w pyle i po sianie, bez koszulki. Dwa dni i cztery podobne wyprawy – luz, przygoda! Gdyby tak jeszcze z kolegą, ech… À propos – film „Królowie lata” (USA’2013; reż. Jordan Vogt-Roberts) – urocze, zabawne, cudowne! Że rodzice to coś beznadziejnego i że najwspanialsza rzecz na świecie – bycie chłopcem. O tym, czego nie dane było zaznać – zbytnio dorosły w młodych latach, teraz staram się czas (i los) odwrócić, w dziecko bawić. Powrócić rozpaczliwie tam, gdzie się formuje start na to, kim będziesz, co w swoim życiu możesz…

  

        „(…) przeszłość, tak jak i przyszłość, można sobie tylko wyobrażać”

                     [Enrique de Hériz, Kłamstwa. Przeł. W. Charchalis].

  

poniedziałek, 07 lipca 2014
1407. Tractatus Logico-Philosophicus...

   

Przez otwarte okno słyszę pod blokiem głos chłopaka, mieszkającego dwa piętra pode mną, z którym chodziłem do jednej klasy w podstawówce. Był z tych „normalnych”, ale spokojnych, cichych, nie miał dziewczyny jeszcze w liceum (podobnie zresztą jak większość tamtych chłopców – wtedy to raczej dziewczęta szukały sobie sympatii, dla chłopców były sport i próby z alkoholem). Dzisiaj samochód, mieszkanie po rodzicach, synek, żona…

Jestem chyba jedynym z grona ówczesnych uczniów, co nie założył własnej rodziny, nic nie ma, nie umie znaleźć pracy. Dawny klasowy prymus, ulubieniec, dziś nieudacznik bez wykształcenia, umiejętności, znajomości. Bez celu, liczący na doraźne przetrwanie, zależny od rodziców. Myślę już o tym bez emocji niczym o swojej cesze immanentnej. Gdy patrzę wstecz, to wszystko – warunki wychowania, otoczenie, moje starania i decyzje, niezaistniałe szanse – wszystko się układało tak, by zrobić ze mnie tego, kim (i gdzie) obecnie jestem. Nie dziwię się więc zaistniałej sytuacji, jest logiczna…

   

„Zawsze byłem mądrym dzieckiem, grzecznym, rozsądnym chłopcem. Jadłem fasolkę, bo jest zdrowa, odrabiałem lekcje. Nie odzywałem się niepytany. Wszyscy mnie chwalili. Dopiero niedawno zacząłem się pogrążać. Przedziwne uczucie, chociaż – przy moim poziomie świadomości – od dawna się tego spodziewałem”

              [John Maxwell Coetzee, Ciemny kraj. Przeł. M. Konikowska].

  

poniedziałek, 25 listopada 2013
1325. Międzynarodowy Dzień Pluszowego Misia...

  

Jesteśmy razem już 15 lat (zabawne: dostałem tę zabawkę na wyjście ze stanu dzieciństwa). Ja go traktuję jako najbliższego powiernika, a on dla urozmaicenia od grudnia ma Prosiaczka. To niemal wzorowy związek – tym bardziej, że chyba jedyny mi pisany…

  

                  

  

środa, 08 maja 2013
1251. Boy-zone...

  

Pierwszy w tym roku dzień w krótkich spodenkach. Noszenie ich jest jednym z najfajniejszych aspektów bycia chłopcem (a kiedyś – jego podstawowym zewnętrznym atrybutem). Pod tym też kątem wybieram swoje miejsca pracy. Muszę być niewolnikiem, ale nie ścierpię garniturowego uniformu; starzeję się, tym bardziej zatem kultywuję w sobie małe dziecko…

Spoglądam ukradkiem na obnażone wokół łydki. Jest w tym radość wspólnoty, silenie się na naturalną bezpretensjonalność. Wbrew moim chęciom nigdy nie oznaczało to, niestety, przypływów pożądania. A i tych chęci w czas kluczowy, gdy męskie powinno się formować, brakowało...

  

„(…) był w wieku, kiedy chłopcy zawczasu delektują się smakiem przyszłych swobód. A (…) wcale z tych praw nie korzystał”

                [Andreï Makine, Francuski testament. Przeł. M. Hołyńska].

   

Sfera jeszcze niedawno zakazana, a wciąż niedostępna. Są częścią mojego życia, lecz nigdy nie będę do nich w pełni przynależał...

  

sobota, 30 marca 2013
1238. Prawo posiadania...

  

Śnieżna Warszawa, Felicjan Dulski krążący po korytarzu pociągowym, szary Wrocław. Znów u rodziców, gdzie niegdyś azyl i więzienie, a teraz kolejne rewolucje: przemalowane, przestawione, część książek wyniesiona, pochowana. Nowe za to sweterki, piżama w różową kratkę z reniferem – wyprawka dla małego chłopczyka, czekoladki. Drzwi wciąż otwarte, lęk, że ktoś zobaczy, co też piszę. Przestrzeń, do której trzeba się na nowo przyzwyczajać; ja już nie stąd, na krótko tylko wpadający stamtąd. To już nie moje – jak gdybym wcześniej mógł się tu czuć u siebie i o czymś decydować…

  

„Matka przypomina, że córka nie ma własnego pokoju, ponieważ to, co w swojej manii wielkości nazwała swoim pokojem, w rzeczywistości też należy do matki. W tym mieszkaniu, póki ono jest jeszcze moje, wszystko ustalamy razem, i matka ujmuje w słowa to, co zostało ustalone”

                        [Elfriede Jelinek, Pianistka. Przeł. R. Turczyn].

  

wtorek, 04 grudnia 2012
1197. Long-term liabilities...

  

Kupiła mi niedawno płaszczyk – jak kiedyś, sama z siebie, bez mierzenia. Na pewno się spodoba. Tymczasem rzadko trafia, a ja już nie akceptuję aby było. Kazałem zwrócić, jak tylko zobaczyłem zdjęcie. Pyta więc, jaką chcę książkę pod choinkę. Zawsze były dla młodszych, niż ja wówczas – nie chcę, sam sobie sprawiam prezent (Zamkowe targi historyczne przynoszą spore żniwo). Ostatnio dzwoni, że właśnie są w Saturnie i może by słuchawki… Wystarczy mi, że dzięki niej tu jestem – każda zaś dodatkowa rzecz przypomni owe więzy, rozwieje miraż samodzielność, stanie ciężarem dla nieodwdzięczającego się sumienia

  

„Co tydzień dostaje od matki list w jasnoniebieskiej kopercie lotniczej, starannie zaadresowanej drukowanymi literami. Złoszczą go te dowody niezmiennej miłości. Czy matka nie chce zrozumieć, że gdy wyjechał z Kapsztadu, zerwał wszelkie związki z przeszłością? Jak zdoła jej wytłumaczyć, że zamierza nieubłaganie kontynuować dzieło przeobrażania się w kogoś całkiem innego, które rozpoczął w wieku piętnastu lat, póki nie wygasi w sobie resztek pamięci o rodzinie i porzuconym kraju? Kiedy ona wreszcie zauważy, że oddalił się od niej i na dobrą sprawę można go już uznać za obcego?”

                [John Maxwell Coetzee, Młodość. Przeł. M. Kłobukowski].

  

czwartek, 14 czerwca 2012
1128. Sport Results...

 

To był zawsze obcy, nieprzyjazny świat, sfera budzących wówczas niechęć mężczyzn, pole moich kompromitacji; kpiny, śmiechy, pogarda rówieśników – źródło niepozwalających rozwijać się normalnie lęków. Lekcje wychowania fizycznego w szkole, zabawy na podwórku – selekcje do dwóch drużyn, gdzie zawsze zostawałem tym ostatnim; złowroga piłka, której nie umiałem złapać ani kopnąć; bieganie tak, aby nie musieć podjąć ani jednej akcji. Dość szybko zaczęło się wycofywanie ze wszystkiego, chowanie w szatni (dawałem się zamykać, udając, że jestem nieobecny), daremne bicie kolanem w ścianę w nadziei, że je rozbiję i będę mógł nie ćwiczyć (zalążek późniejszych zachowań autodestrukcyjnych); w liceum wmawianie wszystkim, że mam zwolnienie od lekarza, stres czteroletnich kłamstw, godziny pod ścianą w izolacji, podczas gdy inni grali, ciało swe rozwijali i zdobywali gibkość. Koszmar, gdy trzeba było do nich się przyłączyć

 

„I jeszcze gimnastyka. Nie każ mi, proszę, o tym opowiadać – tamta wielka, duszna sala, w niej zielona podłoga wyłożona filcem, wszechobecny zapach potu, absurdalne zadania w sam raz dla samobójców (Skocz na trampolinę i zrób salto! Po prostu spróbuj! Śmiało!). Wyzierające zewsząd metalowe kanty, żądne miażdżenia stawów młodzieży, nauczyciel idiota, głęboko zawiedziony życiem pozbawionym sukcesów. Ta gra w piłkę! Niedorzeczne dawanie szczupaka w ślad za skórzanym gniotem, rozbiegiwanie i roztrącanie się nieforemnych podrostków – wielkie dłonie, długie szyje, piejące głosy; sztuczna wrogość »drużyn«. Dziwne – ci, co lubią piłkę nożną, to na ogół także patrioci”

                [Daniel Kehlmann, Beerholm przedstawia. Przeł. J. Ekier].

  

Całe to niezrozumiałe szaleństwo na punkcie jakichś transmisji, meczów i rozgrywek, to narodowe zadęcie: wrzaski, szaliki, alkohol. Aż nagle, dekadę temu, mój powrót ze szpitala (po potrąceniu przez samochód) w dniu rozpoczęcia Mundialu’2002 – konieczność leżenia, oglądanie w telewizji każdego starcia, odkrycie piękna walki, umiejętności technicznych i paru ładnych panów. Od tego czasu kibicowanie, gdy wielkie imprezy (Mistrzostwa Świata, Europy, Liga Mistrzów) – pobieżne, amatorskie, lecz zawsze to jakieś emocje. Łączność przez ekran ze wspólnotą, z którą niewiele wspólnego

  

poniedziałek, 15 sierpnia 2011
983. No Man’s Land…

  

Nie mogłem tam zostać, wytrzymać, nie mogłem dłużej patrzeć na nowe, pod moją nieobecność – bez zgody, konsultacji, udziału – zaprowadzone porządki. Jakieś pudła, do których wrzucono część rzeczy (płyty, filmy), by stały bezładnie pod biurkiem; pustka na szafie w rogu po młodzieżowych książkach, wywiezionych znienacka do domu dziecka; byle jak sklecone klocki Lego, nie wiadomo po co znów ustawione na półkach… Cztery ściany – już nie moje, nigdy zresztą niebędące azylem. I trzydzieści w nich jałowych lat – obrzuciłem je pełnym niechęci spojrzeniem i wyszedłem…

  

„To dziwne, że miejsca, kiedyś tak intymnie z nami związane, mogą stać się obojętne pod wpływem osiadającego jak kurz czasu. Najpierw rozlega się cicha detonacja rozpoznania i przez moment przedmiot pulsuje swoją nagłą wyjątkowością – to krzesło, to straszne malowidło! – a potem rzeczy układają się w nudny, znajomy obraz, we fragmenty świata. Wszystko w tym pokoju wydawało się ode mnie odwracać, ponure i oporne, wyrażając sprzeciw wobec mojego niechcianego powrotu”

                       [John Banville, Zaćmienie. Przeł. J. Jarniewicz].

  

czwartek, 02 grudnia 2010
874. Winter-fresh...

  

Niedzielne zaskoczenie, kiedy po odsłonięciu okien ukazał się świat cały skąpany w bieli – nie przywykłem pisać o zimie w listopadzie. W poniedziałek sypie już za dnia, a wiatr niesie smugi śniegu niemal horyzontalnie – samo się ciśnie na myśl wspomnienie finału Różewiczowskiego „Spadania”. Potem z każdym dniem coraz mroźniej, kolejne warstwy swetrów, skarpetek, czapek nawet. Dziś w nocy kolejne opady; na chodnikach rano tyle już tylko miejsca, ile sobie ludzie sami udeptali. Znów to wrażenie chodzenia po plaży sprzed roku...

A jednak, pomimo zimna, wysiłku, senności, mojej niechęci do takich ubrań, długiego ich zakładania, pory roku – dziwnie to wszystko zabawne. Odzywa się we mnie coś dziecinnego, budzi się mały chłopiec: zachwyt wzbudza iskrzenie śniegu w wieczornym świetle latarni, rozśmiesza skrzypienie pod nogami i zaczerwieniony nos – niczym marchewka bałwanów. Chwilowe to, tylko tak na początku sezonu zapewne (urok odmiany, świeżości) – a przecież fajnie, że jest, że wciąż umiem…

  

poniedziałek, 18 października 2010
855. Greet...

  

Widziałem go już z daleka, jak stoi na krawędzi chodnika (zdążyłem nawet ocenić jego tani, sportowy ubiór i zadać sobie pytanie: kto też się dzisiaj tak nosi?), ale dopiero minąwszy go, zawołany po imieniu, poznałem – odwracając się niezbyt ochoczo na pięcie – chłopaka z podwórka, z sąsiedniego bloku: najwcześniejszego z kolegów, przez lata sąsiada w szkolnej ławce. Jakiś rodzaj lęku i fascynacji zawsze mi w stosunku wobec niego towarzyszył – to on mi o zmroku wciskał śnieg w twarz swego czasu. Pyta, czym się teraz zajmuję i kilkakrotnie dziwi, że pracuję w fabryce – ja, co miałem zajść najdalej ze wszystkich. Jeszcze większy szok przeżywam ja, dostrzegając jego zaniedbaną cerę, zmarszczki, niechlujny zarost, te zmęczone oczy, ewidentną starość mego rówieśnika. Najwidoczniej wychowawca więzienny musi dostosowywać się fizycznie do swoich podopiecznych. A był to kiedyś ładny, smagły chłopiec z czarnymi lśniącymi włosami. Dziś on wygląda na czterdzieści – poczułem się przy nim na dwadzieścia… Podajemy sobie dłoń na pożegnanie, by przez kolejne lata pewnie nie zobaczyć. Mógłbym ze swego pokoju trafić piłeczką w jego szybę…

  

20:01, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 16 maja 2010
783. ..."les Malheurs de la vertu"...

  

„Stawało się coraz bardziej oczywiste, że Bruno rozwija się źle, że nie ma przyjaciół, że dziewczęta go przerażają, że, ogólnie biorąc, okres dojrzewania przebiega u niego w poczuciu kompletnej porażki”

  [Michel Houellebecq, Cząstki elementarne. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

Przeciągane, niechciane dziewictwo, purytańskie środowisko i wymuszona abstynencja seksualna nie utrzymują człowieka na drodze cnoty – przeciwnie, rzucają mu się na mózg i deprawują, kaleczą ciało, kładą cieniem na przyszłych, i tak już iluzorycznych, możliwościach. Tylko wczesne uświadomienie i używanie pozwala zachować zdrowie i normalność. Choć może niekoniecznie – w końcu to chyba ja wyłącznie byłem wtedy tak głupi, głuchy i ślepy; nie wiedziałem nic, nie czułem, się nie domyślałem. A teraz muszę żyć ze skutkami, ponosić karę za brak własnej winy, zniszczony i pełen urazy, niezdolny i nienasycony…

  

Im bardziej zmagał się z wyobraźnią, tym silniej żądze władały jego marzeniami. Niepokój niszczący wnętrze doprowadzał go czasem do łez. Dręczył się, zapisując mroczne wiersze w kratkowanym zeszycie obłożonym w ceratę, nienawidził domu, w którym mieszkał, zamkniętego kraju bez dostępu powietrza, pogrążonego w zbiorowym budowaniu (…). Pragnął wyjechać gdziekolwiek, gdzie można swobodnie oddychać (…). Powinien był uciekać z tego domu (…). Prawie nie sypiał, czuł w lędźwiach lekkie znużenie, tak że czasem nocą, w ciemności, pieścił sam siebie, aż dostawał zawrotu głowy, jak ktoś, kto staje nad przepaścią, jak ptak przestraszony we śnie. Samotna dłoń rozpaczliwie dotykała pachwin, szybkimi ruchami w dół i w górę, jednocześnie chcąc i nie chcąc; gardził sobą, samotność przejmowała go dreszczem, miał ściśnięte gardło, zatruty litością i żądzą rozlewał się w gwałtownych spazmach ciepłymi strugami na własnym brzuchu i dopiero wtedy, wyczerpany, ale nie uspokojony, zasypiał o świcie, w pościeli wilgotnej od nasienia i zimnego potu, niczym śladów winy”

               [Susana Fortes, Albański kochanek. Przeł. W. Ignas-Madej].

  

wtorek, 22 grudnia 2009
720. Les neiges d’antan...

  

Przez dni kilka, w zimne ranki, śnieg przyjemnie chrzęści pod nogami, mróz różowi nosy, szczypie w uszy, okutuje dzieci w czapki z pomponami i na sznurku rękawiczki. Śmieszne to, a mnie się dodatkowo przypomina – zapadanie w śnieżnym puchu po kolana to najstarszy obraz w mej pamięci. Nie pisałem o tym już przed rokiem, dwoma laty? Wciąż powracam do tych dni przedszkolnych i nie mogę odżałować, że minęły, że tak różne od nich było to, co przyszło potem. Kiepskie musi być to moje bytowanie, skoro trzeba cofnąć się o lat dwadzieścia ponad, by odnaleźć w sobie ślad radości…

  

„(…) potrzeba czystej, mocnej, szczerej, niewinnej fantazji, niezachwianej i niezmąconej strachem fantazji owego szczęśliwego wieku, w którym życie oszczędza nas jeszcze, nie śmie nałożyć na nas obowiązku ani winy, gdy wolno nam widzieć, słyszeć, śmiać się, dziwić i marzyć, nie oddając światu usług… gdy niecierpliwość tych, których wszakże chcielibyśmy kochać, nie domaga się jeszcze od nas oznak ani pierwszych dowodów, że jesteśmy gotowi gorliwie spełniać owe usługi… Ach, już niezadługo, jakże ciężko i przemożnie zwali się na nas wszystko, by nas opanować, ćwiczyć, ukrócać, wyprostowywać, niszczyć”

             [Thomas Mann, Buddenbrookowie. Przeł. E. Librowiczowa].

  

Wczorajszy jeszcze wieczór rogiem prawie zjedzonego już księżyca przeszywa lodowato mi policzki, a już dzisiaj odwilż, ciapa, plucha – i wyraźnie cieplej. „Lecz gdzież są niegdysiejsze śniegi?”…

  

23:05, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 15 września 2009
674. Stigmatic...

  

Te zdjęcia z soboty… Przymrużone oczy, dołeczki w policzkach, złoto-lniane włosy. I wzmagająca się w spojrzeniu melancholia, surowość, dystans, usilne zajmowanie czymś rąk, mniej lub bardziej świadome pozowanie, granie jakiejś roli – choćby przed sobą jedynie… Wszystko to już wtedy…

  

„Jakże podobni byliśmy jako dzieci do nas samych, gdy już dorośliśmy” [Julia Glass, Trzy czerwce. Przeł. E. Zychowicz].

  

21:36, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 24 grudnia 2008
539. O "życiu rodzinnym" - czyli: Że znowu płaczę w Święta (choć nie z ich powodu)...

  

Ojciec zarabia na jedzenie, mama gotuje, ja zmywam naczynia. To jedyny logiczny ciąg, w który udaje mi się wpisać całą naszą trójkę. Wigilia jest parodią codzienności…

  

Ł. prosi mnie, bym przypomniał sobie najpiękniejsze Święta, jakie przeżyłem, wytężył wszystkie zmysły, przywołał tamtą atmosferę, by ponad rozdzielającą odległością połączył nas dźwięk łamanego opłatka. Ale tu nigdy nie pachniało jodłowymi czy świerkowymi gałązkami, choinka zawsze była sztuczna, nie wisiały na niej cukierki czy pierniki, które można by ukradkiem podjadać, na pasterkę się nie chodziło i nie wiem, jak nocą chrzęści śnieg pod stopami, jak śpiewa się kolędy pomimo zmarzniętych policzków, popękanych od mrozu ust… I nawet prezenty wciąż rozczarowywały, bo wszystkie książki, jakie dostawałem, były przewidziane dla znacznie młodszych niż ja ówcześnie dzieci. Na szczęście, od dawna już nie ma prezentów…

Z jakichś jednak powodów niecierpliwie czekałem na pierwszą gwiazdkę. Skończyło się jednak, jak wszystko, czego nie było. W życiu bez elementarnych doświadczeń zwłaszcza magia rodzinnych Świąt jest niepoznaną nigdy tajemnicą…

  

„Nie miał dzieciństwa − mówiła sobie − żadnej ze zwykłych radości, jakie świat powinien zapewniać dziecku. Ani ogrodu dokoła domu, ani wyjazdów do dziadków… Ani… Nie, nic z tych rzeczy. Nic prócz cierpienia. Bojaźliwego oczekiwania na nowe cierpienie. Na niepewną poprawę, na ulgę, która pozwalała mieć nadzieję, a nadzieja rozkwitała jak kwiat i jak kwiat więdła…”

            [Andreï Makine, Zbrodnia Olgi Arbeliny. Przeł. M. Hołyńska].

  

Ustawiczne zażenowanie przy składaniu życzeń, bo zawsze tylko banalne „Wszystkiego najlepszego…” jestem w stanie z siebie wydusić. W tym roku staram się nie czytać, nie odbierać, nie słyszeć − bo w mojej obecnej sytuacji nic równie bolesnego, jak świąteczne życzenia…

  

Chciałbym… tak się wszystkim nie wzruszać, nie płakać tyle każdego dnia, nie przeżywać każdego, kierowanego do mnie słowa. Nie musieć się bać sięgania po dzwoniący telefon. Nie zazdrościć innym. Odkochać się wreszcie − stracić tę ostatnią już radość i jedyny powód do życia…

  

środa, 10 września 2008
486. Adršpašsko-Teplické skály

  

Dobrze jest, mimo długich oporów, ulec w końcu namowom, by doświadczyć czegoś nowego: pierwszy raz od lat wyjechać gdzieś wakacyjnie, choćby na jeden dzień tylko, choćby − jak zawsze − z rodzicami; pierwszy raz w życiu przekroczyć granicę państwa, nawet jeśli nie trzeba już zatrzymywać się na niej do kontroli i tak zapomnianych dokumentów. Dopiero czerwone hełmy na kościelnych wieżach i przydrożne tablice informacyjne, szyldy, ogłoszenia w zabawnym języku poświadczają, że rzeczywiście jesteśmy w Czechach (a z każdym kolejnym napisem odżywa we mnie uśpiona dawno żyłka slawisty). Okazuje się, że trawa jest tam tak samo zielona jak w Polsce, a i brzydota urbanistycznego bezładu podobna jak u nas. To jednak, co można zobaczyć w okolicach miejscowości Adršpach i Teplice nad Metují, musi zachwycać, bo dzieła natury są zawsze unikatowe. Człowiek wydaje się przy tym wszystkim tak nieznacząco mały. Jego problemy również…

Spacer po tych kanionach, przeciskanie się wśród wąskich przejść, skakanie po stopniach drewnianych mostków, wspinanie wśród pokrytych mchem głazów miało w sobie coś z utraconego, bo nigdy w pełni niezaistniałego dzieciństwa. Brakowało tylko rówieśników w tym gronie emerytów, paczki wypróbowanych przyjaciół, z którymi zaśmiewalibyśmy się do woli, ale przecież nie można mieć w życiu wszystkiego − któż jak nie ja miałby o tym wiedzieć…

Mimo wszystko warto było przez ten jeden dzień o wszystkim zapomnieć i spróbować wreszcie czeskie knedliczki. Jutro powrót na życiowe niziny… 

   

                    „Down to Gehenna or up to the Throne,

                    He travels fastest who travels alone”

                                        [Rudyard Kipling, Story of Gadsbys].

  

piątek, 27 czerwca 2008
450. Mea culpa

  

Trzeba być chłopcem, żeby stać się mężczyzną…

Trzeba uczyć się słów i emocji, od lat najmłodszych, niepostrzeżenie (a nie teraz, gdy wiem), we wspólnych zabawach, zbiorowych fascynacjach i modach, podczas nocnych powrotów z dyskotek do domu rozgniewanych naszym spóźnieniem rodziców, w czasie wakacyjnych kolonii, przy kopaniu piłki, w leżeniu na trawie, podczas wielogodzinnych rozmów i spacerów, upicia się pierwszym piwem, podpatrywania dziewczyn w szatni sportowej, mokrych snów o kolegach z boiska, poznawania reakcji własnego ciała, uświadamiania sobie własnych pragnień, snucia planów na przyszłość, przy świadomości, że jest jakaś przyszłość i trzeba o nią zadbać…

Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego mnie to ominęło, jak to możliwe, bym tego wszystkiego nie odczuł, nie zaznał, nigdy o tym nawet nie pomyślał? Dlaczego nikt mi tego nie powiedział, bo przecież wiem tylko to, co zostanie mi objaśnione z zewnątrz… „Dlaczego mnie tak zostawiono, dlaczego skazano na ugorowanie, na bezpłodną fermentację – całe warstwy, całe zakresy mej duszy” [Stanisław Brzozowski, Pamiętnik]. Jak można było obudzić się dopiero teraz, gdy utrwaliło się już tak wiele złych nawyków i zahamowań, gdy to promienne, co niegdyś się tliło, zgasło?...

To chyba jakiś rodzaj autyzmu, stłumienia siebie, emocjonalne kalectwo, brak instynktu, duchowa i fizyczna impotencja, nieumiejętność oddychania, od której cała ta pisanina się zaczęła...

Wina moja jest niewybaczalna właśnie dlatego, że nie da się nią obarczyć nikogo innego. Próbuję zatem chociaż zapomnieć…

  

W lipcu mam nadzieję na spotkanie z trzema osobami, z czego dwie mam dopiero poznać – zaczynam uczyć się mówić. I potrzebuję pomocy…

  

środa, 25 czerwca 2008
449. Finding Neverland

  

Na chybotliwym krześle (z braku drabiny) zrywam ogromne czereśnie, „wyginam śmiało ciało” pośród splątanych gałęzi, udaje mi się nawet wejść na drzewo (nic to, że ledwie półtora metra ponad ziemię, ważne, że pierwszy raz w życiu) i omalże z niego spaść; liście smagają mnie po twarzy, coś sypie mi się na głowę, coś gryzie w obnażone na słońcu plecy. Frajdę mam ogromną – i byłoby to niczym powrót do dzieciństwa, gdyby rzeczywiście tak ono wówczas wyglądało. Moje tak zwane dzieciństwo

Szkoda, że Cię tu nie ma. Bawić się w chłopca można tylko z kolegą. A że nigdy go nie miałem, muszę udawać – wciąż gram we własnych sztukach jedynie, szukając swojej Nibylandii utraconej, nigdy niezaistniałej…

  

niedziela, 08 czerwca 2008
440. Sweet

  

Tradycyjnie o tej porze roku, choć zdawało się już, że tym razem uda się tego uniknąć, odchorować muszę kilka dni, pokichując, kaszląc, z sennością i zakrętami głowy się zmagając. Na działce klęska urodzaju – jem pierogi z truskawkami i poduszone truskawki ze śmietaną, popijam truskawkowe koktajle i kompoty, przekąszam całe truskawki umaczane w cukrze, a codziennie przybywają nowe kosze tych owoców. Truskawkowy zapach dzieciństwa… Syrop na gardło też jest słodki – przypomina mi się Pini

  

Ojciec wyjechał na kilka dni do Karpacza i dzwoni kilka razy dziennie do mamy, przeżywając ten urlop jak dziecko, dzieląc się każdym spostrzeżeniem, pytając o wszystko i skarżąc na bóle nóg. Podsłuchuję mimochodem w sąsiednim pokoju – na swój sposób ich rozmowy wydają się bardzo urocze, takie naturalne i pogodne. Mam wrażenie, że na co dzień zachowują się inaczej, że odległość sprzyja ociepleniu relacji między nimi, tak jak trywialność dnia powszedniego generuje wciąż nowe konflikty. W każdym razie, ja w tym nie uczestniczę, ograniczając się tylko do odpowiedzi na sms ojca z zapytaniem o godzinę meczu Polska – Niemcy.

I śnię o słodkich telefonach Kogoś do mnie. Chociaż o jednym takim w życiu…

  

 
1 , 2
Archiwum
Tagi